11 LISTOPADA – ŚWIĘTO NARODOWEGO OPTYMIZMU

„Samo się nic nie zrobi! Niepodległości nie da się ani wymodlić, ani wygadać, ani wyszachrować: trzeba zapłacić za nią daninę krwi!” Józef Piłsudski.
Henryk Sienkiewicz, pisząc w „Trylogii” o przełomowych wydarzeniach dla dziejów naszego narodu, zakończył je optymistyczną intencją: „ku pokrzepieniu serc”. Uważny czytelnik stwierdzi jednak, że w tym dziele jest jednak sporo krytycznego osądu naszych wad narodowych, zwłaszcza prywaty, piętnowanej zwłaszcza w „Potopie”. Czy jest się więc czym krzepić, skoro Rzeczpospolita w czasach Jana Kazimierza utraciła na zawsze pozycję mocarstwową, wyszła z wojen straszliwie zrujnowana i ograbiona, tracąc na dodatek prawie 1/4 swojego terytorium?
Niemoc, bezradność, głupota i zdrada dawały znać o sobie jeszcze wiele razy. Przykładami tego były rozbiory Polski a później klęska powstania listopadowego, tylko dlatego że Polacy prowadzili walkę jeszcze bardziej nieudolnie, niż przeciwnik. Historia ostatnich czterech wieków nie nastraja więc nas do optymizmu. Pozornie – można by zwątpić w możliwości naszego narodu. Kiedy po powstaniu listopadowym spadły na naród straszne represje, postawę niezłomności ducha podtrzymywała w narodzie wspaniała literatura romantyczna, przemycana z emigracji do kraju. Eksplozją romantycznego patriotyzmu było kolejne powstanie – styczniowe, które według słów jego pogromcy, cara Aleksandra II, miało być już ostatnim powstaniem. Straszliwe represje, jakie spadły na naród: Sybir, konfiskaty majątków, rusyfikacja, tworzyły wśród wielu Polaków przekonanie, że to powstanie było szaleństwem, a Bóg ostatecznie przeklął tę ziemię.
Ale wtedy, kiedy wydawało się, że idea niepodległości sięgnęła dna, rodziło się pokolenie pogrobowców powstania, które dokonywało weryfikacji ocen własnego narodu. Młodzi Polacy walkę z zaborcą zaczynali w carskich szkołach, zakładając w nich tajne koła samokształceniowe.
W tym pokoleniu urodził się geniusz Józef Piłsudski, który udowadniał później narodowi, że jednak „chcieć, to móc”. Wychowany na literaturze romantycznej i tradycji powstańczej, wierzył, że odzyskanie niepodległości przez Polskę jest możliwe. Człowiek, który w młodym wieku bez dowodów winy trafił na Sybir, poznając na własnej skórze bezprawie i okrucieństwo carskiego zaborcy (w czasie buntu więźniów został uderzony kolbą karabinu i wybito mu przednie zęby). Po powrocie z Syberii, w warunkach carskiego zaboru, za jedyną możliwość docierania do szerokich mas społeczeństwa uznał zaangażowanie w działalności ruchu socjalistycznego, tworzącego w tym czasie w wielu krajach potężną siłę społeczno-polityczną. Aresztowany w czasie redagowania kolejnego numeru „Robotnika” został osadzony w warszawskiej cytadeli, skąd mogły być tylko dwa wyjścia – katorga lub śmierć. Zdumiewający jest heroizm ducha tego człowieka – jedynego więźnia cytadeli warszawskiej, któremu udało się z niej wydobyć! I to bynajmniej nie dzięki łapówkom, czy znajomościom. Piłsudski szczerze nienawidził Rosji i nie mógł liczyć na jakiekolwiek względy. Ale temat nieprawdopodobnego wydostania się z cytadeli zasługuje na osobny artykuł.
W czasie rewolucji 1905 r. i w czasie I wojny światowej Piłsudski lepiej poznawał prawdę o swoim narodzie, wyidealizowaną w literaturze wieszczów. By wychować naród do niepodległości, trzeba mu było ukazać pełną, brutalną prawdę o nim. Nie były to więc słowa otuchy. Najpierw prawdę o narodzie trzeba wyło wyzuć z mitów i hipokryzji, zagłuszających własne sumienie i zatruwających umysł. Warto przytoczyć cytat, który świadczy o roli Józefa Piłsudskiego, jako wychowawcy do niepodległości:
„Niemcy, Francuzi, Włosi, nawet Rosjanie mówią i piszą wiele o rzekomej naszej zapalności i wojowniczości. To nam pochlebia i chętnie temu wierzymy, nawet popieramy to przykładami naszych przodków, poczynając od Sobieskiego i kończąc na Legionach (Dąbrowskiego) i powstaniu 1863 roku. Po doświadczeniach 1905 r. wcale tego nie widzę. Przeciwnie, zgnuśnieliśmy bezwarunkowo i uczyć się musimy od nowa odwagi i waleczności. Pół stulecia pokoju, brak własnej armii, teoria pracy organicznej, oryginalny anarchizm groszorobów, odrzucający konieczność formy państwowej dla narodu, uczyniły z nas społeczeństwo najbardziej pokojowo usposobione na świecie. Jesteśmy ideałem pacyfistów! Wprawdzie pół miliona służy nas nieustannie w wojsku, a z górą milion będzie walczył przeciw sobie w armiach zaborczych w razie wybuchu wojny, ale nas to mało obchodzi. Gdy syna w rodzinie polskiej biorą do wojska, staje się on od razu obcym odciętym członkiem. Wszędzie się żołnierzem szczycą, u nas żołnierza się wstydzą. I to zarówno wśród włościan, gdzie powrotnego na wsi zwą „moskalem”, jak wśród inteligencji, gdzie okres służby wojskowej wspominany jest jak zmora. Aby naród mógł się w tych wstrętach przełamać, musi stworzyć własne wojsko, musi mieć własnego żołnierza, kochanego swego obrońcę i zastępcę… Jeżeli wojska takiego nie stworzymy i udziału w przyszłej wojnie Austrii z Rosją nie weźmiemy, wykreślimy się na długo, może na zawsze z szeregu ludów żyjących. Przestaną się z nami liczyć w Europie… Sąsiedzi zniszczą nas, wydrą nam ziemię i w wieczną zabiorą niewolę”.
Ta gorzka ocena postaw Polaków wynikała z braku oporu młodych Polaków wobec mobilizacji i wysyłania ich przez carat na Daleki Wschód do walki z Japonią. Na warszawskim dworcu rodziny żegnały z płaczem swoich najbliższych, wcielonych w „sołdaty’ i jadących na wojnę. Powołani do armii też z płaczem śpiewali „Serdeczna Matko”, godząc się na brutalne warunki, dyktowane przez zaborcę – nie było prób ucieczki do Galicji, nie było oporu, jak wobec branki przed powstaniem styczniowym. Czterdzieści lat po przegranym powstaniu naród był zupełnie bezradny i nie zorganizowany do walki. Ale trzeba pamiętać, że tak jak klęska Rosji w wojnie krymskiej pół wieku wcześniej, tak klęska w wojnie z Japonią zelektryzowała Polaków, że jednak ta potęga też jest do pokonania, a zbliżająca się nieuchronnie pierwsza wojna między zaborcami, o którą modlił się Mickiewicz, stwarzała Polakom niepowtarzalną szansę odzyskania niepodległości.
Ale tak jak Piłsudski, myślało niewielu. Kiedy w 1910 r. w Krakowie powstała organizacja paramilitarna „Strzelec” (we Lwowie „Związek Strzelecki), adepci sztuki wojennej w czasie musztry zamiast prawdziwych karabinów mieli drewniane atrapy na sznurkach, starsze pokolenie szyderczo wyśmiewało „zabawy w wojnę”, „ołowianych żołnierzyków” i ich komendanta, który „prochu nie wąchał” (Józefa Piłsudskiego, który nie był nigdy wcześniej w akademii wojskowej, ani w armii). Trzeba było mieć heroiczną wiarę, by być odpornym na szyderstwa innych, by nie zwątpić w sens działania, by nie ulec zbiorowej obojętności i apatii.
Bierność i obojętność, a nawet zdarzająca się (rzadko, ale jednak) wrogość wobec polskich żołnierzy (zamykanie domów) dały o sobie znać najbardziej na początku wielkiej wojny, w sierpniu 1914 r., kiedy pierwsza kompania kadrowa wkroczyła do Królestwa, będącego pod zaborem rosyjskim. Polskich żołnierzy nie witano w Królestwie jako wyzwolicieli – nie było entuzjazmu, nie było chleba i soli, łuków triumfalnych, komitetów powitalnych z orkiestrami, nie było zaciągu nowych ochotników. Wolność była przynoszona tym, którzy jej nie pragnęli!
Zszokowany tym komendant Józef Piłsudski, po wycofaniu się Pierwszej Kompanii Kadrowej z Królestwa pisał: „Wróciłem do Krakowa rozbity, prawie chory. Gdzież są ci Polacy ze „Śpiewów Historycznych”, z poezji Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego! Ci rycerze i ofiarnicy, wymarzeni przez matkę? … Te duchy płomienne, groźne, gotowe porwać za broń na pierwszy dźwięk walki o wolność?! Było to najcięższe rozczarowanie, jaki kiedykolwiek przeżyłem”.
Odzyskanie niepodległości przez Polskę było fenomenem, ale jeszcze większym fenomenem, nie docenianym przez sympatyków i wrogów Piłsudskiego było błyskawiczne tworzenie solidnych zrębów państwa polskiego! Ustawodawstwo socjalne z 8-godzinnym dniem pracy, dekret o urzędzie Naczelnika państwa, powołanie rządu, rozesłanie not dyplomatycznych do państw Europy i najważniejszych państw świata oraz nawiązanie z nimi stosunków, rozpisanie i przeprowadzenie wyborów do parlamentu, zwołanie Sejmu Ustawodawczego – w ciągu trzech miesięcy od zakończenia wojny i przyjazdu Piłsudskiego do Warszawy z niemieckiego internowania, ogłoszenie Małej Konstytucji w 10 dni po pierwszym posiedzeniu sejmu – czy ktoś zna szybsze tempo działania władzy? Jednocześnie trzeba było tworzyć armię, zająć się kłopotliwym problemem ewakuacji przez polskie ziemie żołnierzy niemieckich, wracających przez tworzącą się Polskę z frontu wschodniego, wesprzeć walki o Lwów itd. Przeciwnicy Piłsudskiego zarzucają mu, że nie poparł powstania w Wielkopolsce. A kogo miał tam wysłać, jak armia się dopiero tworzyła? (Zresztą – powstańcy sobie świetnie sami radzili), a w lutym 1919 roku doszło do pierwszej konfrontacji militarnej z armią bolszewicką.
Fałszerstwem, uprawianym przez niektórych pseudo-historyków jest przypisywanie Piłsudskiemu zdrady wobec Polaków, mieszkających na wschód od granicy ryskiej z 1921 r. To nie Piłsudski, lecz właśnie endecja, kierowana przez Stanisława Grabskiego, miała wpływ na kształt granicy Polski z Rosją sowiecką (później ZSRR).
Kończąc refleksje nad polskim optymizmem i pesymizmem, należy stwierdzić że optymizm jest pierwszym warunkiem sukcesu. Musi on jednak być poparty mądrością polityczną, nieugiętą wolą i wielkim zaangażowaniem w drodze do sukcesu.
Dzisiaj na facebooku każdy może pisać co chce – historią zajmują się pseudo-historycy, amatorzy i być może celowo piszący na zamówienie przez wrogów narodu polskiego. Trwa kampania pogardy wobec Naczelnika Państwa i negacji jego zasług. Ludzie ci, uważający się za epigonów endecji, w rzeczywistości wypisujący bzdury z jadem nienawiści przeciw wszystkiemu, co polskie, mają za zadanie – zrelatywizować wszystko, zdeprecjonować autorytety – udowadniać, że ludzie którzy kiedyś kierowali się ideami, byli idiotami, oszustami, zdrajcami, itp. Nie chcę przytaczać nazwisk tych pseudo-historyków, bo nawet nie zasługują na umieszczanie ich w sąsiedztwie marszałka.
Wiele szkód w świadomości Polaków wyrządził antypolski film Jerzego Hoffmana „Bitwa Warszawska”, w którym wódz armii bolszewickiej, marszałek Tuchaczewski jest przystojnym i inteligentnym mężczyzną, a armią polską dowodzi zgrzybiały starzec Piłsudski, rozkładający pasjanse (grał go celowo jako postać bez entuzjazmu, aktor D. Olbrychski, który do roli marszałka pasował, jak wół do karety- jaki taki zgrzybiały starzec mógł natchnąć duchem walki swoją armię? Piłsudski w tym czasie miał 52 i pół roku, był osobą tryskającą energią oraz wolą walki). W tym antypolskim filmie jest wiele skandalicznych fałszów. Jednym z nich są tańczący i bawiący się mieszkańcy Warszawy w czasie zbliżania się frontu bolszewickiego. Atmosfera w Warszawie była wręcz przeciwna – skupieni, modlący się mieszkańcy Warszawy, wytwarzający potęgę ducha, który telepatycznie przeszedł do polskich żołnierzy. Innym fałszem było umieszczenie w wątku głównym postaci emerytowanego oficera wojska polskiego (postać absurdalna – tzw. emerytowany polski oficer nie mógł być polskim oficerem, bo w czasie I wojny światowej musiał służyć w obcej armii!). Hoffman, idealizując wodza armii bolszewickiej, „napluł” na mundur polskiego oficera, znanego z nie spotykanego w innych armiach poczucia honoru – ukazał tego rzekomego oficera jako łapówkarza, szantażystę, dziwkarza, pijaka i na dodatek hańbiącego swój mundur – przebranego po pijanemu za krasnoarmiejca! Jak można było umieścić taką scenę, jako główny wątek filmu? Jak można było zezwolić na danie funduszy temu bolszewickiemu propagandziście (Hoffmanowi) na taki antypolski film? Jak można puszczać ten antypolski film w polskiej telewizji?
W atmosferze zatruwania mózgów bałamutnymi informacjami na temat przyczyn i okoliczności odzyskania niepodległości, przypisywania zasług jednym – kosztem drugich, nie zapominajmy o twórcach Polski Niepodległej: Daszyńskim, Dmowskim, Korfantym, Paderewskim, Piłsudskim, Witosie (wymieniam celowo w porządku alfabetycznym!) i wielu, wielu innych – którzy działając ofiarnie przez ponad trzydzieści lat, różniąc się w orientacjach politycznych, w metodach i celach walki – UZUPEŁNIAJĄC SIĘ WZAJEMNIE, PRZYCZYNILI SIĘ DO ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI! Nie wolno nam przeciwstawiać Dmowskiego Piłsudskiemu – i odwrotnie! Kto tak postępuje – ten nie jest spadkobiercą idei wolności.
Dla Józefa Piłsudskiego niepodległość była wielką pasją życia. Swoją pensję Naczelnika Państwa, a później marszałka przeznaczył dla wdów i sierot – rodzin ofiar wojny. Sam utrzymywał się z artykułów prasowych. Był niezwykłym przykładem bezinteresowności i ofiarności. Okazywał z kolei pogardę tym, którzy nie mieli osobistej godności.
W dniu 11 Listopada, w rocznicę odzyskania niepodległości wyraźmy wdzięczność geniuszowi myśli i czynu oraz tym wszystkim, którzy uwierzyli w to, że „chcieć to móc”.
Wojciech Górski

Winny? Niewinny? – głosowanie nad moralnością w lubelskim ratuszu

Problem głosowania nad sprawami etycznymi był dyskutowany już w czasach Starożytnej Grecji. Przeciwnicy Sokratesa, tzw. sofiści twierdzili, że wystarczy zły czyn nazwać dobrym, przegłosować go – i wszystko jest w porządku.
Wystarczy więc stworzyć takie prawo dla swoich złodziei (lub siebie samych), że wszystko co będą robić, będzie legalne – i będą mieć święty spokój, a opłacani z ich pieniędzy adwokaci udowodnią ponad wszelką wątpliwość, że ich klienci są niewinni.
Rodowód III RP, to przepoczwarzanie się ustroju totalitarnego w system liberalny, gdzie znaczonymi kartami grali ci sami gangsterzy, wywodzący się ze służb specjalnych PRL, lub z nimi ściśle powiązani mafijnymi układami. To pod nich było tworzone „prawo”, by w jego majestacie móc okradać biedne państwo. Ostatecznie – w połowie lat dziewięćdziesiątych (po dewaluacji złotego) ktoś powiedział, że „pierwszy milion trzeba ukraść” na rozwinięcie biznesu.
Kilkanaście lat temu słyszałem w radiu wypowiedź lubelskiego biznesmena i polityka, Janusza Palikota, który wyraził się, że mając swoją firmę, nie płacił podatków, bo system mu na to pozwalał. A więc: wszystkie zyski lokował w wysoko oprocentowane lokaty, które były zwolnione z podatków, brał kredyty, które wraz z odsetkami ładował w koszty i firma teoretycznie nie zarabiała (jeśli tę wypowiedź niechcący zniekształciłem, to przepraszam). Takich firm były tysiące a wszystko było legalne – w majestacie obowiązującego prawa.
Pan Żuk zasłania się obecnie „legalnością”. Doktor ekonomii, uprawiający akrobatykę prawną? A ile było skandalicznych kontraktów bez przetargu? A komu dał zarobić pan Żuk w tym ostatnim wyjeździe do Izraela, gdzie 2-dniowy wyjazd jednej osoby kosztował aż 16 tys. złotych (wyjazd 8-dniowy z biurem podróży kosztuje średnio 3,5 tys. zł).
A zatrudnianie radnych (również tych z tzw. opozycji, czyli z PiS) w komisjach antyalkoholowych – po półtora tysiąca zł – curiosum nie spotykane w innych miastach Polski – TO JEST NORMALNOŚĆ?!
Przewodniczący Rady Miasta, pan Piotr Kowalczyk oświadczył w Dzienniku Wschodnim, że głosowanie w sprawie pana Żuka będzie jawne i imienne. Najpierw się zirytowałem – w sprawach personalnych jawne? Ale później doszedłem do wniosku – wszystko jedno: jawne, czy tajne – wynik będzie podobny. Jeszcze w tajnym głosowaniu mogłoby się okazać, że pan Żuk mógłby zyskać więcej głosów, bo zatrudniani w komisjach antyalkoholowych radni PiS mają za co być wdzięczni swojemu pracodawcy (oficjalnie – nie jemu, a jakże – dba się o pozory etyki i poszanowanie prawa!).
Dziwny to system polityczny, w którym posłowie i radni oficjalnie nie mają swojego zdania – muszą wykonywać instrukcje swoich bossów, w czasie wystąpień publicznych skaczą sobie do oczu, jako nieprzejednani wrogowie, a nieoficjalnie – są kumplami i od kielicha i od lewego biznesu).
Dziwny to system polityczny, w którym moralność jest dzielona na swoją i cudzą. Nieszczęsny aforyzm Sienkiewicza o Kalim (mający obecnie rasistowski kontekst) jest ciągle aktualny. Najlepszy przykład – telewizyjna debata nad księdzem dyrektorem w zielonogórskim gimnazjum, zmuszającym gimnazjalistki do lizania jego kolan w czasie otrzęsin. Ludzie ze środowisk kościelnych bronili księdza, a ze środowiska Ruchu Palikota – go piętnowali. A POWINNO BYĆ ODWROTNIE!
W naszej rzeczywistości niewinny jest ten, po którego stronie stoi władza, winny – ten, który jest w opozycji do władzy. A więc Żuk jest jednocześnie winny i niewinny (bo tę „niewinność” mu zapewnią lubelscy radni”) – taki prawny przekładaniec.
Chciałbym zobaczyć i usłyszeć, jak to będący przy władzy PiS, wzbudza zaufanie swoją bezstronnością i obiektywizmem, „odcina od siebie chore członki” – usuwa ze swoich szeregów ludzi też „przyssanych do koryta”, a nawet wytacza im procesy o nadużycia. Fundacja Wolności ujawniła zatrudnianie lubelskich radnych, w tym członków PiS w płatnych komisjach antyalkoholowych – czy prezes Kaczyński zareagował na ten fakt, czy kazał ich wywalić z klubu? – skądże znowu – niech „doją dalej”! Zapewne w kolejnych wyborach dostaną prolongatę z pierwszym miejscem na liście wyborczej, bo klasyczne BMW (bierni, mierni, ale wierni) nie potrafią w kampanii wyborczej „pedałować pod górkę” – a wejść muszą, bo to „swoi”.
Poniedziałkowe głosowanie w ratuszu może być historyczne (piszę to bez przekonania – właściwsza forma powinna być: „mogłoby być”). Oficjalnie deklarujący swoją niezależność radny Marcin Nowak, chyba najbardziej pracowity ze wszystkich w tej kadencji, kolejny raz przypisany jest do Wspólnego Lublina. Czy pan Nowak zapisze się na trwałe w historii miasta, jako człowiek bardziej wrażliwy na sprawy etyczne i wyrazi swoje: „dość tych afer”, czy będzie się kierował innymi kryteriami w czasie głosowania?
Etyka – etyką, a polityka – polityką. Czy warto solidarnie „tonąć w tym lubelskim Tytaniku PO-WL” i komplikować sobie start do rady miasta w następnych wyborach? Rzeczywistość bez liderów Żuka i Kowalczyka może być ciekawa i wielce obiecująca!
Odpowiedź poznamy w poniedziałek, 14 listopada 2016 r. Może być to historyczne wydarzenie dla miasta, ale znając postawy radnych – nie spodziewam się „pałacowej rewolucji”.
Wojciech Górski

Uzasadnienie projektu uchwały w sprawie City Tour (skierowanej do Rady Miasta Lublin)

City Tour to usługa, umożliwiająca turystom zwiedzanie miasta w sposób szybki i wygodny. Jest adresowana głównie do turystów indywidualnych, zwłaszcza do osób niepełnosprawnych, starszych i cudzoziemców. Zwiedzanie miasta odbywa się za pomocą wolnobieżnych i ekologicznych pojazdów elektrycznych, o rozmiarach, porównywalnych do samochodów osobowych. Dla wielu turystów, zwłaszcza cudzoziemców, usługa City Tour jest jedyną możliwą formą poznania miasta – w dostępnym dla nich języku.

W czasie zwiedzania następuje przekaz informacji o historii miasta i jego mieszkańcach oraz obiektach oglądanych na trasie przejazdu. Przekaz został przygotowany przez historyka, przewodnika miejskiego z licencją po Lublinie, przetłumaczony na kilka języków obcych i nagrany w profesjonalnym studio przez „native speakerów”.

Usługa City Tour jest bardzo popularna w wielu miastach Polski i Europy. Zwiększa ona atrakcyjność tych miast i promuje je wśród turystów. W Polsce spotykana jest w wielu większych miastach, takich jak: Kraków, Wrocław, Poznań, Warszawa, Gdańsk oraz mniejszych, jak Kazimierz Dolny, Sandomierz i Zamość.

Usługa City Tour, wymaga wjazdu pojazdów na Stare Miasto, które posiada najcenniejsze obiekty zabytkowe w mieście. NIE MA INNEGO MIASTA W POLSCE, W KTÓRYM BYŁBY BLOKOWANY WJAZD DO ZABYTKOWEJ CZĘŚCI MIASTA DLA POJAZDÓW CITY TOUR.
Uzasadnienie odmowy wydania zezwolenia na wjazd pojazdów elektrycznych City Tour na Stare Miasto, że pojazdy te mogą stanowić zagrożenie bezpieczeństwa dla pieszych, nie jest potwierdzone raportami Policji i Straży Miejskiej o kolizjach tych pojazdów z pieszymi. Wręcz przeciwnie – w naszym przekonaniu pojazdy te są bardziej bezpieczne od wszystkich pozostałych pojazdów, które wjeżdżają na Stare Miasto; pojazdów spalinowych w liczbie około 300 samochodów, pojazdów dostawczych, śmieciarek, taksówek i limuzyn weselnych –pojazdy City Tour mają: ograniczenie szybkości do 25 km/h, sygnał dźwięku przy cofaniu i są bez przyczepki, utrudniającej manewry cofania.
Argumenty władz Lublina, że blokując wjazd pojazdów City Tour na Stare Miasto, konsekwentnie ograniczają w nim ruch pojazdów, są nieprawdziwe. Wręcz przeciwnie – władze Lublina nie starają się ograniczyć godzin wjazdu dla pojazdów dostawczych i śmieciarek – Lublin jest jedynym miastem w Polsce, gdzie te pojazdy mogą wjeżdżać na Stare Miasto aż do godziny 12:00, podczas gdy w innych miastach sprawy zaopatrzenia i wywozu śmieci załatwia się w nocy lub wczesnym rankiem (do godz. 8:00).
Zamiana Placu Litewskiego na deptak powoduje dalsze ograniczenie atrakcyjności usługi City Tour. Dodatkowo, częste blokowanie Placu Zamkowego, zamienianego na estrady i obiekty sportowo-rekreacyjne, znacznie utrudnia świadczenie tej usługi. By usługa ta mogła w pełni realizować założone cele, nieodzowne jest wzbogacenie trasy zwiedzania o Stare Miasto. Pozytywna opinia Rady Miasta Lublin w tej sprawie, będzie sprzyjać lepszej promocji miasta oraz pozwoli nam rozszerzyć ofertę – zwiększyć liczbę dostępnych języków oraz wprowadzić kilka alternatywnych tras do zwiedzania miasta, w zależności od zainteresowania gości oraz ich czasu i możliwości finansowych.
Idea rozszerzenia usługi City Tour o wjazd na Stare Miasto zyskała poparcie wielu podmiotów:
1. W dniach 8-10 lipca 2015 r. usługa City Tour uzyskała poparcie uczestników sondażu w Dzienniku Wschodnim (54% było za wjazdem pojazdów City Tour na Stare Miasto, 43% – przeciw, 3% – nie miało w tej sprawie zdania).
2. Uzyskała pozytywną opinię Rady Dzielnicy Stare Miasto (uchwała z dnia 15 grudnia 2015 r.).
3. Uzyskała pozytywną opinię Wojewody Lubelskiego i Zarządu Dróg i Mostów, wyrażoną w piśmie Urzędu Wojewódzkiego z dnia 8 lipca 2016 r.
4. Poparcie inicjatywy uchwałodawczej przez 1655 osób podpisanych pod wnioskiem, spośród których 1610 jest mieszkańcami gminy Lublin.
Przedstawione wyżej argumenty powinny być wystarczające do podjęcia stosownej uchwały przez Radę Miasta Lublin, rozwiązującej ten problem w sposób ostateczny i trwały.
Autorzy projektu uchwały: Magdalena i Wojciech Górscy

Dziękuję wszystkim zaangażowanym w zbieraniu podpisów w sprawie wjazdu pojazdów elektrycznych na Stare Miasto

Dzięki Państwa życzliwości zebraliśmy łącznie 1655 podpisów, z czego aż 1610 złożyli mieszkańcy Lublina. Dokładnie w dwa miesiące po ogłoszeniu akcji, złożyliśmy dzisiaj pismo do Rady Miasta Lublin wraz z listą podpisów (88 stron – 1655 nazwisk, wszystkie wcześniej zostały przez nas zeskanowane). Poniżej przedstawiamy treść uchwały:

Projekt uchwały zgłaszany z inicjatywy mieszkańców Lublina „W sprawie wjazdu pojazdów elektrycznych City-Tour na Stare Miasto w Lublinie”: „RADA MIASTA LUBLIN POPIERA WJAZD POJAZDÓW ELEKTRYCZNYCH NA STARE MIASTO W LUBLINIE W CELU UMOŻLIWIENIA TURYSTOM ZWIEDZANIA NAJPIĘKNIEJSZEJ CZĘŚCI MIASTA, W FORMIE USŁUGI ZNANEJ POWSZECHNIE JAKO CITY TOUR. RADA MIASTA LUBLIN ZLECA PREZYDENTOWI LUBLINA WYKONANIE UCHWAŁY – WYDANIE STAŁEGO ZEZWOLENIA WŁAŚCICIELOM POJAZDÓW ELEKTRYCZNYCH CITY TOUR NA WJAZD DO STAREGO MIASTA”.

Bezpośrednio po złożeniu przeze mnie pisma, znający się na przepisach prawa urzędnik wyjaśnił mi, że cała akcja ma charakter tylko polityczny i może odnieść sukces medialny, natomiast rada nie może nic nakazać czy narzucić – wójtowi, burmistrzowi, czy prezydentowi miasta. Może co najwyżej wyrazić swoje stanowisko w przedstawionej sprawie. Ale przyznał, też, że nie można zbierać podpisów w sprawie samego stanowiska rady. Jest to więc na razie sukces moralny i polityczny. Nie wiadomo jeszcze, jakie stanowisko zajmą radni (do tej pory – bezradni). Nieważne – to już jest ich problem. Już pan Żuk nie pociągnie ich do sukcesu w następnych wyborach, więc niech główkują, co im się bardziej opłaca – dalej firmować złą wolę prezydenta Lublina i ściągać na siebie medialne baty, czy wykazać w tej sprawie więcej wyobraźni.

Same podpisy niczego nie załatwiają – są na razie demonstracją siły. Zdobyłem 1655 podpisów – mogę do następnej akcji zdobyć ich nawet dziesięć tysięcy! Z każdym dniem zbliżają się następne wybory samorządowe. Tę przestrzeń w ratuszu PO przetrąconej PO trzeba wykorzystać! Nie wolno przespać tego czasu, bo może się okazać, że z inicjatywy PiS wybory mogą być przyspieszone. Trzeba mocnej listy z całego miasta – 62 ludzi znanych z aktywności społecznej, działających w radach dzielnicowych, spółdzielniach mieszkaniowych, organizacjach społecznych oraz osób z autorytetem w szkołach i na uczelniach. Zastopujmy klakierów pana Żuka, pozatrudnianych w komisjach antyalkoholowych (również tych z PiS!), reprezentujących typ marki samochodu: BMW (bierny, mierny, ale wierny).

Przed nami wielka, niepowtarzalna szansa rozbicia partyjnych klanów w samorządzie – wyboru ludzi nie ustawianych na listach przez polityczne centrale. W każdym z sześciu okręgów możemy zdobyć nawet po 2 mandaty. A więc – do dzieła budowy Rzeczypospolitej samorządnej!

Wojciech Górski

Idea Wyszehradzka… Co dalej?

Dzisiaj (5 listopada) mija kolejna rocznica śmierci naszego ostatniego króla z rodu Piastów, Kazimierza Wielkiego, uczestnika spotkań wyszehradzkich, po którego śmierci nastąpiła unia personalna między Węgrami a Polską. Akurat wczoraj byłem na wykładzie doktora Łukasza Lewkowicza z Instytutu Politologii UMCS, zajmującego się zawodowo historią Trójkąta, a później Czworokąta Wyszehradzkiego. Moje uwagi dotyczyły kilku problemów:
1. Dlaczego 25 lat po formalnym nawiązaniu współpracy między Polską, Czechosłowacją i Węgrami, w komnacie figur woskowych w Wyszehradzie, ilustrującej zjazd wyszehradzki w 1335 r., dotąd nie ma tablic informacyjnych ani w języku polskim, ani w języku czeskim i słowackim?
2. Dlaczego w obiektach turystycznych na terenie tych państw, symbolizujących wspólną tożsamość kulturową tych narodów, nie wprowadza się napisów i audio-guidów w językach tych właśnie narodów? Jak to się więc przekłada na propagowanie tej idei w kulturze tych narodów?
3. Dlaczego w szkołach średnich na terenie całej Polski nie ma języków państw, tworzących ideę wyszehradzką? Myślę, że gdyby w każdym mieście wojewódzkim było choć jedno liceum z językiem węgierskim lub czeskim, to znaleźliby się chętni do nauki tych języków.
4. Dlaczego państwa Grupy Wyszehradzkiej są połączona „cienką nitką” porozumień i kontaktów, wyłącznie na szczeblu prezydentów, premierów oraz ministrów spraw zagranicznych, a współpraca między tymi państwami i narodami nie opiera się na szerokim poparciu społecznym zwolenników Idei Wyszehradzkiej? Dlaczego dotąd nie ma żadnego międzynarodowego stowarzyszenia, które pogłębiałoby współpracę gospodarczą i kulturalną między tymi państwami?
5. Dlaczego mimo „priorytetu w polityce zagranicznej” od 25 lat,, Polska dotąd nie ma żadnych połączeń autostradowych i ekspresowych z naszymi sąsiadami z południa (poza jedyną, prowadzącą przez Ostrawę)?
6. Dlaczego Idea Wyszehradzka ogranicza się do tylko czterech państw, a nie jest poszerzona o Rumunię? Grupa Wyszehradzka mogłaby odegrać historyczną rolę w rozwiązywaniu trudnych dla Węgrów i Rumunów problemów, np. tożsamości kulturowo-politycznej oraz statusu Siedmiogrodu, nazywanego też Transylwanią. Akces Rumunii zrównoważyłby częściowo potencjał członków grupy wyszehradzkiej. Obecnie – sama Polska ma więcej ludności, niż wszystkie trzy inne państwa Grupy Wyszehradzkiej, razem wzięte.
7. Dlaczego ministerstwa edukacji i kultury tych państw nie wprowadzą zniżek w muzeach dla uczniów państw, należących do Grupy Wyszehradzkiej?
8. Dlaczego nie promuje się w sposób należyty symboli – łączników kulturowych między tymi narodami?

Pytań można mnożyć. By współpraca rozwijała się na trwałe, powinniśmy mieć elity zdolne do bezpośredniego porozumiewania się z sąsiadami – np licealiści mogliby dwie ostatnie klasy lub ostatni rok uczyć się poza granicami kraju. Czy brak na to funduszy, czy tylko pomysłu?

Powyższe problemy pozostawiam polskiemu MSZ.

Polemiczne odpowiedzi p. Konradowi Rękasowi na temat sowieckiej „Armii Zbawienia”

Szanowny Panie Konradzie – nie wiem, co Pan chce udowodnić, ale demografia w Pana wykonaniu zawodzi totalnie. Z kolei komentarz, że gdyby nie Armia Czerwona, to Niemcy unicestwiliby polski naród biologicznie, brzmi jak ze sowieckiej gazety „Prawda”, i to na dodatek – z czasów Stalina. Według powszechnego spisu ludności z 1931 roku Polacy stanowili 69% mieszkańców, Ukraińcy – 14%, Żydzi – 9%, Białorusini – 5%, Niemcy – 2%, inne narody (Czesi, Słowacy, Litwini, Romowie, Rosjanie, Tatarzy) – 1%. Biorąc pod uwagę fakty, że w 1939 r. Polska liczyła 35 mln mieszkańców, a w 1946 r. – 24 miliony, to znaczy, że w wyniku nazistowskich zbrodni, zmianie granic oraz akcji przesiedleńczych w Polsce ubyło 9 milionów mieszkańców. Skoro Polska stała się po wojnie w miarę jednolita narodowo, to: poza Polską pozostało: 5 mln Ukraińców, 1,5 mln Białorusinów (załóżmy że te ćwierć miliona zostało w Polsce), 0,5 mln Niemców, 1 mln innych nacji (załóżmy, że tylko 0,5 mln z nich). Daje to nam więc liczbę 8,5 mln, co przy różnicy 9 mln z lat 1946 i 1939 daje nam zaledwie 0,5 mln. A gdzie jest więc 3,5 mln ofiar żydowskich i dodatkowo – 3 mln ofiar polskich (z tego, co Pan pisze – 3 mln ofiar nazizmu i 200 tys. komunizmu). Gdzie się Panu pogubiły te miliony ludzi?

Wracając do stwierdzenia, że gdyby nie Stalin i Armia Czerwona, to byśmy przestali istnieć biologicznie jako naród (powołując się podobno na opinię posła Sanockiego). Otóż – Armia Czerwona była zbrojona za amerykańskie pieniądze w ramach akcji „Lend-lease” – równie dobrze te pieniądze mogły być skierowane na dozbrajanie Polaków, a nie późniejszych naszych okupantów. Odnośnie „wyzwalania” naszego kraju przez Armię Czerwoną – to Sikorski proponował Churchillowi najkrótszą drogę do Berlina przez Bałkany, gdzie była silna partyzantka Tity i przez Węgry do Polski, gdzie działała najlepiej zorganizowana powstańcza armia. Churchill nawet proponował tę koncepcję Rooseveltowi, ale ten ją odrzucił, tłumacząc, że byłby to nietakt wobec naszego sojusznika Stalina, który zamierza wyzwalać Europę Wschodnią własnymi siłami. Zamiast iść na Bałkany, utworzono zupełnie bezsensowny front we Włoszech, który ze strategicznego punktu widzenia nie dawał aliantom nic! – pchanie się po Apeninach przez mordercze, obstawione niemieckimi ckm-ami przełęcze, mając na drodze do Niemiec potężne Alpy – absurd! (Pod Ankoną zginęło ponad tysiąc polskich żołnierzy, pod Monte Casino – kolejny tysiąc) W chwili wejścia Armii Czerwonej na ziemie Polskie, załóżmy, ze po przekroczeniu rzeki Bug – w lipcu 1944 r., nie istniało jeszcze zagrożenie biologicznego unicestwienia narodu. W czasie wyzwalania Majdanka było w nim tylko 1,5 tysiąca więźniów. Jakoś Armia Czerwona na pół roku zatrzymała front i nie spieszyła się wyzwalać Auschwitz. Jeśli ktoś używa anty-historycznej demagogii „gdyby”…, to odpowiem też „gdyby”… Gdyby nie wejście Armii Czerwonej, to amerykańska bombka atomowa spadłaby nie na Hiroszimę, ale np na Berlin lub inne niemieckie miasto. A wtedy – sytuacja geopolityczna w Europie mogłaby wyglądać zupełnie inaczej – w przeciwieństwie do Pana – nie piszę, jak – bo tego mi nie wolno! – bo to jest ahistoryzm, czyli tworzenie mitów do z góry założonego celu, który chce się udowodnić za wszelką cenę.