W obronie dobrego imienia naszych bohaterów!

Daleki jestem od traktowania naszych bohaterów, jako symboli, których nie wolno krytykować. Wręcz przeciwnie – sam wnioskuję, żeby zmienić kolejne zwrotki hymnu, bo nie godzi się, by Czarniecki – rzeźnik-morderca i złodziej okradający swoich żołnierzy był w naszym hymnie. Ale skoro słyszę kompletne brednie o naszym Mieszku I, to mnie trafia!

Zaczęło się od tego, że z okazji 1050 rocznicy, dwa lata temu, rządzący PiS i Kościół, obchodziły jubileusz chrztu Polski. Przeciwnicy odwołującego się do tradycji historycznej PiS, postanowili zupełnie zanegować postać Mieszka I, jako pozytywnego władcy Polski. Ta sprawa trafiła nawet do Senatu w którym senator PO(walona zupełnie), Barbara Zdrojewska, chcąc zanegować uchwałę Senatu, zredagowaną przez PiS, zaprotestowała, nazywając naszego władcę „zabijaką i gwałcicielem” (!).

Tej opinii towarzyszyły inne, jakoby nasze państwo powstało w wyniku handlu niewolnikami (jako jedyne w Europie!), a więc – na skutek haniebnego procederu, mającego u nas wywoływać poczucie wstydu. Ponad rok temu, jeden z „naukowców” KUL – dr. hab. historii, w czasie dyskusji, po swojej prelekcji, potwierdził tę opinię, że nasze państwo powstało właśnie w ten sposób. Nie podaję nazwiska tego człowieka, hańbiącego swoją profesję.

Zadaję pytanie – a w czym Mieszko I był gorszy od swojego teścia, zabójcy swojego brata, św. Wacława, brata swojej żony, Bolesława „Pobożnego” (!), mordującego cały ród książęcy Sławnikowiców (rodzinę św. Wojciecha), bratanka swojej żony, Bolesława Rudego, mordującego cały ród książęcy Wrszowców, Haralda Sinozębego, prowadzącego krwawą wojnę z własnym synem, Svenem Widłobrodym, Włodzimierza I – mordującego swojego brata Jaropełka i innych przeciwników politycznych, mającego kilkanaście żon i około 800 nałożnic – i mimo to – wyniesionego na ołtarze jako świętego (!), margrabiego Miśni Gerona – zapraszającego 18 słowiańskich książąt serbo-łużyckich i podstępnie ich mordującego ich w czasie uczty?

Jakim to haniebnym czynem, na tle wymienionych sąsiadów – zbrodniarzy wsławił się Mieszko I? – proszę podać i zacytować źródła!

Handel niewolnikami? – łacińskie słowo „sclavus” – oznacza „niewolnik”, ale w czasach Mieszka I niewolnikami byli tzw. „brańcy”, czyli ludność podbitych ziem! Tak z nami robili sąsiedzi i tak nasi przodkowie robili z sąsiadami! 6 tysięcy ludności Giecza uprowadził do Czech książę Brzetysław. Aldona – Kenna (Anna), wniosła Kazimierzowi Wielkiemu w posagu podobno około 30 tysięcy polskich jeńców, uprowadzonych przez Litwinów. Znamy legendę o śnie Leszka Czarnego i uwolnieniu wziętych do niewoli jeńców. Dookoła Lublina mamy: Czechów, Niemce, Turkę, Kijany (Kijowiany), a więc – zdobywcy osadzali na swoich ziemiach niewolników. O budowie lubelskiego kościoła przez wziętych do niewoli Niemców, dobrze wiemy. Nasze państwo nie powstało z handlu niewolnikami, tylko w wyniku plemiennych podbojów! – a to jest różnica!

Do napisania tego artykułu zostałem sprowokowany wczoraj kompletnymi bredniami i insynuacjami Arthur Petryka, który przy temacie powstania Lublina, wyraził publicznie wygłaszaną opinię: „Mieszko I – a ten to był bandyta”(?!).

Oszczerco! – zanim kogoś nazwiesz bandytą, to mu to udowodnij! – ale jestem przekonany, że nie dasz rady tego uczynić, WIĘC ZAMILCZ – IGNORANCIE!

Lublin w II połowie XIII wieku

Lublin mało znany – cz. 7:

Jak mógł rozwijać się Lublin w II połowie XIII wieku, będący pod ciągłym zagrożeniem? A więc – kiedy mógł być czas na spokojną odbudowę niszczonego i plądrowanego co kilka lat miasta? Biorąc pod uwagę aż 5 niszczycielskich najazdów na Lublin w ciągu 10 lat (1278-1288) – Tatarów, Jadźwingów i Litwinów i Rusinów, trudno się spodziewać, żeby kolejni władcy po małopolskim Leszku Czarnym: śląski Henryk IV Prawy, wielkopolski Przemysł II, czy czeski król Wacław II – starali się odzyskać peryferyjne miasto, które w strategicznej dla nich walce o władzę, nie miało większego znaczenia. W lokowanym mieście kościół był równie ważny, co ratusz. Istniejące prawdopodobnie na Starym Mieście w tym czasie drewniane oratorium oo. dominikanów nie mogło pełnić funkcji kościoła parafialnego, bo taki tytuł otrzymał późniejszy kościół św. Michała. Poza tym – jeśli było, to było to oratorium zakonne, a nie miejska świątynia. Przyjmijmy więc przekonującą datę 1317 r., jako datę pierwszej lokacji miasta. Jego wcześniejsza lokacja pozostaje więc tylko w sferze nie potwierdzonych domysłów. Podsumowując – nie było w drugiej połowie XIII wieku sprzyjających okoliczności do założenia Lublina według prawa magdeburskiego, czy według innych wzorów lokacyjnych. Z kolei – rzekoma lokacja odbudowanego miasta przez księcia Leszka Czarnego – nie mogła się odbyć bez jakiegokolwiek echa. A o tym fakcie nikt ze współcześnie żyjących nie pisał – przynajmniej nic o tym nie wiemy. Jeśli jednak była – to jaki kataklizm doprowadził do przerwania ciągłości ustrojowej lokowanego miasta? Nic o tym nie wiemy. Przyjmuje się więc zasadę, że skoro nie ma dowodów na to, że coś miało być, to nie wmawiajmy innym, że to było.

Balin Jakub

6. Balin Jakub (?- 1623) – architekt włoski, uważany za głównego przedstawiciela odmiany renesansu, nazywanego lubelskim. Chociaż pierwszym obiektem, reprezentującym typ budowli z bogatą sztukaterią jest obecna katedra zamojska, postawiona przez Bernardo Morando, dzieła Balina upowszechniły lokalną odmianę stylu. Balin reprezentuje liczne grono lubelskich architektów i sztukatorów, tworzących lub dekorujących obiekty sakralne i pałace Lublina (Bernardoni, Briccio, Cangerle, Falconi, Muszyński, Negroni, Traversi, Tremanzel, Wolff). Artysta zasłynął w Lublinie z dwóch dzieł – budowy pałacu Rafała Leszczyńskiego (obecnie – klasztor karmelitów) i przebudowy kościoła św. Pawła, który po pożarze w 1602 r., został zmieniony z budowli gotyckiej, o układzie halowym, na typowy dla renesansu układ bazylikowy. Balin zasłynął także z przebudowy kazimierskiej fary. Innym dziełem Balina był kościół MB z Góry Karmel, który po pożarze w 1803 r. został przebudowany na klasycystyczny ratusz. Cechy renesansu lubelskiego posiada kilkanaście obiektów sakralnych Lublina, wśród których wyróżnia się znany z bogatej sztukaterii kościół św. Pawła – dzieło Balina.

Korona królów

„Korona królów” – moja ocena serialu. Nie widziałem ostatniego odcinka, ale po czterech częściach mogę sobie doraźnie wyrobić opinię. Mam nadzieję, że częściowo zweryfikuję swój pogląd na temat filmu. Jako historyk, irytuję się scenami sztucznymi, nieudolnie naśladującymi „Wspaniałe stulecie” (trucizna, wniesiona z workiem mąki? – a co to za wątek i jaki jest jego finał?).

Zauważyłem, że scenariusz do filmu historycznego pisała kobieta, co automatycznie rzutuje na płytkość i powierzchowność treści. Znam już dwa filmy historyczne, do których scenariusze pisały kobiety – „Królowa Bona” – według Haliny Auderskiej i „Janosik” według Agnieszki Holland – oba słabe!

Serial o ambitnej włoskiej królowej został zamówiony ponad 40 lat temu przez władze PRL, kiedy gotowy scenariusz do filmu miał Jerzy Mikke – filmu, który nie przebił się przez ówczesną cenzurę, bo dotykał problemów polityczno- moralnych.Scenariusz Mikkego pt. „Ostatni z Jagiellonów”, doczekał się wersji teatralnej w 1989 r. – po upadku komuny.

Jeśli chodzi o „Janosika”, to już recenzenci sobie zakpili, że autorka scenariusza i jednocześnie reżyserka, oszczędzała na kostiumach i więcej w tym filmie było scen łóżkowych, niż batalistycznych. Sceny batalistyczne – według kobiety? – abstrakcja!

Ale zajmiemy się filmem. Są duże plusy i jeszcze większe minusy. Plusem jest gra żony Kazimierza – Aldony Kenny-Anny. Aktorka mówi świetnym, ruskim akcentem! Świetni są: Łokietek (jak z pocztu Matejki!) i jego władcza żona, Jadwiga. Ale nie to stanowi o wartości filmu.

1. Jako historyk, nie cierpię fikcji, zwłaszcza tam, gdzie jest sztucznie wstawiona i nie wynika z niej żaden wpływ na dalszy przebieg akcji (we „Wspaniałym stuleciu” wszystko miało logiczny ciąg). Sztuczna wizyta „incognito” Olgierda w Krakowie jest tak irracjonalna, że aż irytująca! Następca Giedymina w Krakowie – bez zaproszenia władcy? – co za absurd! Jego misja – namawianie żony do powrotu – kolejny absurd!.

2. Zupełne „przerysowanie” konfrontacji pogaństwa z chrześcijaństwem! Od prawie stu lat wcześniej pogańscy Litwini obcowali na co dzień z chrześcijanami – książęta litewscy żenili się z ruskimi, prawosławnymi księżniczkami i brali żony katolickich Piastów mazowieckich. Jedyny król Litwy, Mendog przez dziesięć lat był katolikiem (1253-1263), koronował się w Nowogródku, gdzie mieszkali również prawosławni Rusini.

3. Podobna jest sytuacja z językiem. Matka Aldony Kenny-Anny, Jewna, była prawosławną Rusinką! Język ruski na dworze litewskich Giedyminowiczów nie był więc językiem obcym. W XIV wieku był językiem dworskim! Po ekspansji księstwa litewskiego na olbrzymie przestrzenie Rusi, odbieranej Tatarom przy pomocy samych Rusinów, sami rodowici Litwini i Żmudzini stanowili zaledwie kilkanaście procent ludności w państwie! – resztę stanowili Rusini.

4. Nie podoba mi się wymyślanie sztucznych wątków, a pomijanie wątków prawdziwych, stanowiących niezwykłą dramaturgię! Nie było sceny romansu z Klarą Zach na dworze w węgierskim Wyszehradzie u jego siostry Elżbiety i jej męża Karola Roberta, kiedy 20-letni Kazimierz miał rzekomo zgwałcić Klarę, po czym jej ojciec, węgierski magnat, w przypływie szału rzucił się z mieczem na węgierskiego króla, kiedy Kazimierz był już w drodze do Krakowa. Czy to był skandal, zakończony dramatem – obcięciem przez zuchwałego magnata palców u ręki Elżbiety (nazywanej odtąd: Elżbieta Kikuta), poćwiartowaniem zamachowca, obcięciem Klarze nosa i uszu oraz włóczeniem jej końmi – czy nieudana próba zamachu stanu, gdzie Klara miała być prowokacją, z której młody Kazimierz skwapliwie skorzystał – nieważne! Oficjalna wersja obecnych węgierskich historyków potwierdza stanowisko dworu z XIV wieku, że była to próba obalenia silnego węgierskiego króla, a krzyżacka propaganda, oprócz plotek o zniewieściałym królewiczu, oskarżała go wyłącznie za węgierski dramat.

5. Pokazywanie bez przerwy zrekonstruowanego zamku w Bobolicach staje się nudnawe. Czekam na wielki krakowski rynek, na istniejącą już Bramę Floriańską, na kościół Mariacki! – dlaczego tak zubaża się scenografię?!

Gdybym ja pisał scenariusz do filmu historycznego, to zadbałbym przede wszystkim o wątki dramatyczne, ale prawdziwe! Przerwanie odcinka w momencie rzucania się z mieczem Floriana Zacha na węgierskiego króla, trzymałoby widzów w napięciu, czekających na finał tej akcji oraz zmuszałoby do szukania w książkach i w Internecie ciągu dalszego, znanego już z historii. A tak – to jest obyczajowa telenowela, trochę ciekawsza od nudnej „Blondynki”.

„Korona królów” – dramat w kilkudziesięciu aktach. Ten dramat – to scenariusz, który nigdy nie powinien być podstawą do kręcenia filmu historycznego. Czy autorzy tego pseudo-dzieła zdają sobie sprawę ze spustoszenia w świadomości historycznej, jakie ten film wyrządza Polakom?

Fabuła jest tak irracjonalna, że jeszcze brakuje kościotrupów z Karaibów. Oglądając ten film, wyrażam mimo wszystko szacunek dla autorów scenariuszy do filmów, kręconych w czasach PRL. Ubarwienie historii fikcją literacką jest istotą filmu fabularnego, ale nie może ono być w jaskrawej sprzeczności z prawdą historyczną. Fabuła jest naiwna, wręcz żenująca.

Wstawianie sensacyjnych wątków, nieudolnie naśladujących „Wspaniałe stulecie” – jest koszmarnym wypaczaniem historii! W Polsce nie było monarchii despotycznej. Poza zabójstwem księcia Leszka Białego przez pomorskiego Świętopełka, zabójstwem króla Przemysła II przez zamachowców z Brandenburgii i prawdopodobnym otruciem Kazimierza Sprawiedliwego, w Polsce trucizna, sztylet i sznur, nie były sposobami rozwiązywania problemów politycznych. Nie można obcych wzorców kulturowych przenosić na polski dwór. Jak wypacza się w ten sposób historię! A potem znowu jakiś pseudo-ekspert napisze, że Mieszko I, to był bandyta.

Następca tronu wielkiego księcia Litwy – przyjeżdża „incognito” na dwór wawelski – bez wiedzy i zgody króla, a później staje się jedną z ważniejszych postaci dworu? – co za absurd! – Takich kardynalnych błędów merytorycznych się nie popełnia! Dlaczego autorzy scenariusza nie korzystali z konsultacji merytorycznej ekspertów? Pomijając rzetelność historyczną Sienkiewicza (za wyjątkiem oceny postaci Janusza Radziwiłła i Jerzego Lubomirskiego), to do filmu Hoffmana, ekspertem w zakresie poprawności merytorycznej był wybitny historyk, Kersten. A tu – kto odpowiada za taką chałę?

Dlaczego autorka scenariusza nie wstawiła wątku z próbą zamachu na królewicza w Pyzdrach, którego mieli dokonać Krzyżacy, na skutek zdrady Wincentego z Szamotuł? Tu była okazja do trzymania widza w napięciu!
Dlaczego nie ma wątku tragicznego romansu królewicza z Klarą Zach, tylko są jej wypaczone echa? Jak można tak beznadziejnie przedstawiać prawdziwą historię tego dramatu? W 1330 r., w Wyszehradzie Klara, prawdopodobnie podstawiona przez węgierską, anty-królewską opozycję, przespała się z królewiczem. Czy był to gwałt, czy prowokacja – nieistotne. Po skandalu, jaki wybuchł na dworze, królewicz szybko opuścił Węgry, a ojciec Klary rzucił się z mieczem na króla Węgier, próbując go zabić. Męża zasłoniła ręką królowa Elżbieta, tracąc palce u ręki, a zamachowiec został szybko zabity przez królewską straż. Zabijać szwagra winowajcy? – nie ma co do tego wątpliwości, że Klara była do tego pretekstem. A Klara? – wbrew idiotycznym wątkom, że urodziła Kazimierzowi córeczkę (na filmie – jako 7-8 letnią dziewczynkę), gdyby ją nawet urodziła, to jej córka mogłaby w czasie śmierci króla Władysława mieć co najwyżej 2 lata – ale Klara żadnej córki nie urodziła! Obcięto jej nos i uszy, a następnie wleczono końmi. Tak oszpecona i sponiewierana, zmarła kilka lat później. Fikcyjna córka Klary – razem z królewnami w jednej komnacie – co za absurd?!

Jako przewodnik byłem uczony, że o obiekcie nie mówi się, kiedy się go nie pokazuje. Ta metodyka powinna być też przeniesiona do filmu. Zamiast powtarzać wciąż fałszywe informacje o skandalu z Klarą Zach, należało ten wątek przedstawić – w sposób niejednoznaczny. Jak było naprawdę – najlepiej wiedziała sama Klara – czy ojciec wysłał ją z tajną misją, czy też Kazimierz przekroczył granice przyzwoitości?

Dlaczego tworzy się fikcyjne, idiotyczne wątki, kiedy historia sama napisała tak dramatyczny scenariusz? Ile jeszcze będzie idiotycznych trucizn i trucicieli na Wawelu? Niech sobie pani Łepkowska pisze science-fiction we współczesnych serialach, ale niech nie wypacza historii! – to nie jej dziedzina.

Spór o początki i lokację miasta

1. Święty Mikołaj, czy święty Michał?

Pytanie – święty Mikołaj, czy święty Michał? – jest pytaniem o historyczny początek miasta. Według przekazów – pierwszy drewniany kościół, pod wezwaniem św. Mikołaja postawił na wzgórzu Czwartek, książę Mieszko I. Nie wiadomo, czy jest to czyjaś fikcja, czy powtarzana, zapamiętana tradycja.

Kościół św. Michała powstał na wzgórzu staromiejskim dopiero pod koniec XIII wieku. Czy wobec tego, pierwszą sakralną funkcję pełnił w Lublinie kościół na Czwartku, grodzka kaplica Świętej Trójcy, czy może istniała wcześniej na Starym Mieście, nie potwierdzona źródłowo inna świątynia?

Teorie co do cmentarza pogańskiego na Starym Mieście, jeszcze przed budową fary (koniec XIII wieku), są mało prawdopodobne, skoro przyjęło się twierdzić, że poganie swoich zmarłych palili na stosach. Czyżby więc był tam wcześniej jakiś drewniany kościół z XI wieku? Skoro chrześcijaństwo istniało na ziemiach polskich od połowy X wieku, to trudno sobie wyobrazić, że na wzgórzu, gdzie była duża osada miejska, przez ponad trzy wieki chrześcijaństwa, nie było kościoła, tym bardziej że działał w Lublinie lokalny przedstawiciel krakowskiego biskupa.

2. Archidiakon lubelski – Jan 1198 r.

Pierwsza źródłowa informacja o Lublinie pochodzi z 1198 r. i mówi nam, że był archidiakon lubelski Jan. Powstaje pytanie – Jan z Lublina, czy Jan – urzędujący w Lublinie? Skoro Jan pełnił funkcję, odpowiadającą obecnemu „biskupowi pomocniczemu w konkatedrze” – poza krakowską siedzibą biskupstwa musiała być w mieście świątynia, która byłaby jego „bazą” działalności duszpasterskiej. Wygląda na to, że pierwszą jego rezydencją był gród, a on sam był zwierzchnikiem grodzkiej kaplicy. Później był prepozytem kapituły w kościele miejskim nazywanym też farą, a następnie – kolegiatą.

Arnsztajnowa Franciszka

4. Arnsztajnowa Franciszka (1865-1942) – poetka żydowskiego pochodzenia, z utalentowanej rodziny – córka literatki Malwiny Meyerson, siostra Emila – francuskiego filozofa. W 1885 r. wyszła za mąż za doktora medycyny, Marka Arnsztajna. Poetka zadebiutowała w 1888 r. W czasie I wojny światowej zaangażowała się w działalność patriotyczną – należała do POW. Pisała okolicznościowe utwory, poświęcone ważnym wydarzeniom z historii Polski oraz wybitnym postaciom z historii i kultury polskiej. W II RP poetka publikowała swoje utwory w regionalnych czasopismach. W 1933 r. wraz z poetą Józefem Czechowiczem utworzyła lubelski oddział Związku Literatów Polskich. Razem z nim wydała w 1934 r. tomik poezji „Stare kamienie”, poświęcony zabytkom Starego Miasta. Poetka zajmowała się również przekładami z literatury angielskiej i francuskiej. Przed wojną przeprowadziła się do Warszawy. Los nie oszczędził jej rodziny: mąż, syn i zięć zmarli przed wojną, wnuk zginął w kampanii wrześniowej, a córka – została zamordowana w 1942 r. Okoliczności śmierci poetki nie są znane. Mieszkańcy Lublina uczcili pamięć o artystce tablicą przy ul. Złotej oraz nazwą ulicy w dzielnicy Czechów.

Cztery wzgórza nad Czechówką

1. Czwartek.

Położony po lewej stronie Czechówki, znajduje się w pobliżu jej ujścia do Bystrzycy. Według badań archeologicznych jest to najstarsza osada w obecnym Lublinie, sięgająca VI wieku, a nawet V wieku. Nazwa wzgórza pochodzi od co tygodniowych targów, odbywających się u jego podnóża. Legenda głosi, że pierwszy, drewniany kościół w Lublinie, pod wezwaniem św. Mikołaja, stanął jeszcze w czasach Mieszka I. Nie wiadomo, kto i kiedy wysnuł taką teorię, która krąży w obiegu. Wiadomo z całą pewnością, że murowany kościół pod wezwaniem tego Świętego powstał dopiero pod koniec XVI w.

2. Grodzisko (później – Stary Kirkut).

Pojawiają się informacje, że grodzisko było wcześniejszą i właściwą, drewniano-ziemną twierdzą, zanim powstał gród w widłach Bystrzycy i Czechówki. Czas jego powstania odpowiada czasowi zasiedlenia Czwartku. Ponieważ od XVI wieku znajduje się tam żydowski cmentarz, nazywany kirkutem, badania archeologiczne na tym wzgórzu napotykają na przeszkody. Bardziej prawdopodobny jest, nie publikowany dotąd pogląd, że grodzisko mogło istnieć obok grodu na obecnym wzgórzu zamkowym, co znacznie miało utrudniać najeźdźcom opanowanie zespołu twierdz – gdyby wróg atakował jedną z nich, byłby rażony z obu stron. Z czasem grodzisko utraciło swoje strategiczne znaczenie, kiedy w grodzie pojawiła się murowana wieża, a zasiedlone Wzgórze Staromiejskie, zostało również ufortyfikowane przed wrogiem.

 

 

3. Wzgórze zamkowe (gród).

Nie znamy dokładnie daty postawienia grodu. Mógł istnieć już w IX wieku, mógł być postawiony w czasach Mieszka I lub za jego syna, Bolesława Chrobrego, lub przez nich rozbudowany. Z utraty Czerwienia (koło Chełma) w 981 r. możemy wyciągnąć dwa wnioski: 1) gród w Lublinie był za mocny, więc Włodzimierz I go nie zdobywał; 2) po utracie grodów w pobliżu Bugu, Mieszko musiał wzmocnić ziemie za Wisłą, budując lub rozbudowując gród w Lublinie. Wzgórze znajduje się w widłach dwóch (trzech) rzek: Bystrzycy i jej dopływu, Czerniejówki – z prawej strony oraz Czechówki – z lewej strony. Doskonałe usytuowanie wzgórza połączonego wówczas ze wzgórzem staromiejskim lessową „szyją” (być może już w tym czasie przekopaną), czyniło twierdzę trudno dostępną.

4. Stare Miasto.

Przyjęło się uznawać sąsiedzki Czwartek za Czechówką za najstarszy ośrodek miejski. Dwom pozostałym wzgórzom przypisano funkcje obronne. Jaka więc była rola wzgórza staromiejskiego? Wykopaliska archeologiczne na terenie obecnego Placu po Farze dowodzą, że zanim w tym miejscu zbudowano kościół, był tu wcześniej cmentarz. Dogodne warunki obronne – głębokie doliny Bystrzycy i Czechówki, były wielkim atutem dla mieszkańców Lublina narażonych najazdami ze wschodu i z północy.

Arciszowa Wacława (1870-1953)

3. Arciszowa Wacława (1870-1953) – nauczycielka. Urodzona w Żytomierzu na Ukrainie, ukończyła szkołę w Kamieńcu Podolskim, a następnie – studiowała w wolnej wszechnicy w Warszawie, zwanej Uniwersytetem dla Wszystkich. W czasie rewolucji w 1905 r. działała w Lublinie i w Nałęczowie w patriotycznej organizacji oświatowej „Światło”. Prowadziła w Nałęczowie tajne nauczanie dla dzieci i dorosłych oraz w Lublinie – zajęcia metodyczne dla nauczycieli. W 1912 r. założyła w Lublinie przy ul. Krakowskie Przedmieście 4-klasową szkołę dla dziewcząt, w której zasłynęła jako wspaniały nauczyciel, pedagog i dyrektor. W 1918 r. jej szkoła została przekształcona w 8-klasową szkołę. W 1920 r. przeprowadzono w jej szkole pierwszą maturę. Szkołę Arciszowej przeniesiono później na ul. Radziwiłłowską. W 1936 r. jej szkołę przekształcono w gimnazjum i liceum. W 1949 r. jej szkołę upaństwowiono jako tzw. IV LO w Lublinie, znajdujące się przy ul. Szkolnej na Czwartku, a w 1967 r. ta nowa szkoła otrzymała imię Stefanii Sempołowskiej – działaczki oświatowej i politycznej okresu zaborów. W opinii władz PRL, Wacława Arciszowa, jako założycielka szkoły, nie zasługiwała na jej patronkę.

Odsłanianie” odsłoniętego pomnika!

Brak szacunku władz Lublina dla pomnika Nieznanego Żołnierza wyraża się na każdym miejscu. Najpierw – nieoficjalnie odsłonięto pomnik przed świętami, czyli – jak wcześniej pisałem – „w grudniu, po południu”. Pomnik, który ma być oficjalnie „odsłonięty”, już został już odsłonięty. Następnie – oficjalne odsłonięcie w dniu 11 stycznia 2018 – bez okazji, byle nie w rocznicę Powstania Styczniowego.

Dzisiaj miałem okazję obejrzeć nowy pomnik – płyty pomnika są pobrudzone śladami butów! Jakoś miejscy strażnicy, tak jak władze miasta, na ten symbol nie wykazują wrażliwości.

Kiedyś pomniki przed ich uroczystym odsłonięciem były zasłonięte, by nikt ich nie dewastował. Poza tym – był ten element tajemnicy, wyczekiwania na specjalny efekt. Dzisiaj w Lublinie można sobie biegać po pomniku, zanim oficjalnie delegacje oficjalnie go „odsłonią” oraz złożą na nim kwiaty i wieńce.

Ciekawe, czy pan Z. Niedbała zadba o to, by pomnik został wymyty przed jego oficjalnym „odsłonięciem”.