Turystyczny Lublin dla pokoleń

Wczoraj w ratuszu wręczyłem miejskim radnym i urzędnikom oraz nielicznym dziennikarzom około 80 egzemplarzy mojej nowej książki. W imieniu radnych podziękował mi publicznie za ten „prezent pod choinkę” wiceprzewodniczący Rady Miasta Lublin, Marcin Nowak.

Mimo przekazanej informacji o konferencji prasowej, zainteresowanie książką wykazały tylko rozgłośnie radiowe: Radio Freee i Radio Lublin. Dzisiaj tematyką mojej książki zainteresował się dziennikarz Kuriera Lubelskiego, z którym umówiłem się po świętach.

Na razie radni i urzędnicy zamilkli, chociaż wczoraj przed północą uszy mi aż „płonęły” – więc chyba było o czym mówić!

Ponieważ ta książka jest inna od moich wcześniejszych publikacji na temat Lublina, nie wychylałem się z jej treścią. Już po kampanii wyborczej do samorządu, kiedy osobiście nie kandydowałem ani na prezydenta Lublina, ani do rady miasta, mogę teraz spokojnie przedstawić mój punkt widzenia miasta.

I. Część – to nasze tradycje kompleksowych działań w celu uporządkowania miasta. 
II Część – raport o stanie miasta.
III. Część – wizje rozwoju Lublina.

Jest to mój subiektywny „audyt zewnętrzny”, wykonany za symboliczne pieniądze, który powinien być niezwykle pomocny dla miejskich radnych i urzędników.

Postaram się przedstawić moje uwagi i propozycje, zamieszczone na 184 stronach mojej książki.

Takiej książki jeszcze w Lublinie nie było!

(odcinek 1.):

1. Turystyczny Lublin dla pokoleń.

WOJCIECH GÓRSKI
LUBLIN MAŁO ZNANY
Część III:
TURYSTYCZNY LUBLIN DLA POKOLEŃ
Wydawnictwo POLIHYMNIA
Lublin 2018
PROJEKT ZREALIZOWANY W RAMACH PREZYDENTA MIASTA LUBLIN

Książkę tę dedykuję miejskim urzędnikom, radnymi i dziennikarzom, odpowiedzialnym za kreowanie lepszej rzeczywistości,by ta książka wyzwoliła w nich ducha inspiracji.

ZOBACZ EFEKTY!

Jako historyk, świadomy wieczności słowa pisanego, materializuję swoje idee i rejestruję rzeczywistość – widząc swoimi subiektywnymi oczami obiektywne krajobrazy, ku przestrodze tym, którzy pełnione funkcje publiczne chcą wykorzystać głównie do zaspokojenia własnych, egoistycznych celów. Mottem tej książki jest hasło wyborcze obecnego prezydenta Lublina z kampanii wyborczej do samorządu w 2018 r.

23 września 1651 r. upadła I Rzeczpospolita.

23 września 1651 r. upadła I Rzeczpospolita!

[Dwa lata temu pisałem o haniebnej ucieczce wojsk polskich spod Piławiec – 23 września 1648 r. Rok temu napisałem o haniebnej zdradzie wojsk polskich 23 września 1651 r. pod Białą Cerkwią, kiedy była ostatnia szansa na uratowanie Rzeczypospolitej. Ponieważ przybyło mi znajomych, chciałbym zaprezentować swoją ocenę wydarzeń, opisanych w „Trylogii” H. Sienkiewicza. Chciałbym w przyszłym roku zamknąć temat Lublina i „wypłynąć na większe wody” – broń Boże – „Żółte Wody”! Zaprezentuję teraz cykl 10 artykułów, odtwarzanych z publikacji rok temu. Nie mam teraz czasu czasu na ich korektę, więc proszę je przyjąć jako materiał roboczy:]

Część I:

23 września 1651 r. upadła I Rzeczpospolita!

Rok temu, z okazji rocznicy haniebnej ucieczki wojsk polskich spod Piławiec (23 września 1648 r.) zamieściłem tu na Fb artykuł o Piławcach i Beresteczku. Dzisiaj piszę artykuł o wiele szerszy, ukazujący jeszcze większą dramaturgię dziejów Polski, która została zniszczona na skutek złej woli kilku ludzi, żyjących w połowie XVII wieku. A oto główni „architekci” upadku Pierwszej Rzeczypospolitej:

1. Mikołaj Potocki (1593-1651) – „Alfa i Omega” upadku państwa. Po śmierci hetmana wielkiego koronnego Stanisława Koniecpolskiego w 1646 r. (to był rzeczywiście „koniec Polski”) objął wielką buławę hetmańską. Epitety, jakimi jest określany, nie są pozytywne: „marny, przesądny, niedołężny, zbyt pewny siebie wódz, alkoholik, rozpustnik, kunktator. Pierwszy i chyba jedyny w historii Rzeczypospolitej hetman prowadzący bitwę z karocy, pod wpływem alkoholu. Dodatkowo autor klęski pod Żółtymi Wodami i Korsuniem oraz wątpliwego zwycięstwa w kampanii 1651 r. zakończonego ugodą w Białej Cerkwi”.
• Zacytuję krótki biogram hetmana – pijaka, opracowany przez Wojciecha Kalwata:
„Był dobrym żołnierzem, ale jedynie jako podkomendny. Otrzymane rozkazy wykonywał sumiennie, ale na samodzielnego wodza zupełnie się nie nadawał. Odznaczał się przy tym cechami charakteru, które przysparzały mu ciągłych wrogów i problemów. Pod komendą Koniecpolskiego sprawował się dobrze. Jako hetman polny (od 1637) zwalczał kolejne bunty kozaków. Największym jego sukcesem w tych starciach było zwycięstwo pod Kumejkami (16 XII 1637). Przez króla i hetmana wielkiego nie był dopuszczony do planów wojny z Turcją. Dopiero po śmierci swego protektora, został w nie wtajemniczony i zaangażował się w jawne przygotowania wojenne. Obdarzony buławą wielką koronną w 1646 r. robił wszystko, aby udowodnić, że na nią nie zasłużył. Gdy wybuchło powstanie Chmielnickiego napisał do króla, że nie dobywając broni, samym strachem skończy rebelię. Nie skończył.

• Zadufany w sobie, podzielił swe skromne siły na trzy części. Wysłani drogą wodną kozacy rejestrowi przeszli na stronę powstańców. Jego syn Stefan poniósł klęskę pod Żółtymi Wodami (16 V 1648), a ojciec – zamiast pomóc synowi – dał sygnał do odwrotu. Nie orientując się kompletnie w sytuacji, został zaskoczony widokiem Tatarów, którzy wspierali kozaków. 25 V pod Korsuniem zastosował formację taborową, kompletnie nieprzydatną w trudnych warunkach terenowych. Kozacy rozerwali tabor, bitwa zamieniła się w rzeź, a trzykrotnie ranny hetman dostał się do niewoli. O klęsce zadecydowało niedocenienie przeciwnika, a także umiłowanie do kielicha. Diabła tam miał być dobry rząd – pisał Bogusław Maskiewicz – kiedy (…) hetman wielki koronny, Mikołaj Potocki ustawnie się opił gorzałką i (…) pijany w karycie siedział. Wypuszczony w 1650 r. za okupem, od razu po powrocie popadł w konflikt z innymi polskimi dowódcami. W sławnej bitwie pod Beresteczkiem dał popis niekompetencji, narażając armię na klęskę. Doradzał królowi zamknięcie się w warownym obozie i nie dawaniu odporu przeciwnikowi w otwartym polu. Na szczęście Jan Kazimierz wybrał inne rozwiązanie, które doprowadziło do zwycięstwa. Na królewski rozkaz zaatakowania taboru kozackiego, miał odpowiedzieć: iż na tabor dość czasu jutro będzie nastąpić, a on nazajutrz nieborak pił i upieł się był nie myśląc o taborze. Wkrótce potem zmarł, pozostawiając po sobie opinię wahliwego kunktatora i pijaka”.
Alfa – autor pierwszych klęsk Rzeczypospolitej w walce z Kozakami. Niezależnie od tego, czy w czasie bitwy pod Korsuniem, hetman był rzeczywiście pijany, czy było to tylko złośliwe pomówienie przez jego przeciwników, pozostaje wiele pytań: czy hetman był na tyle głupi, że w celu stłumienia powstania Chmielnickiego nie połączył swoich sił z wojskami Jeremiego Wiśniowieckiego, podzielił swoje skromne siły na 3 części, wysyłając najsłabszy korpus ze swoim synem Stefanem pod Żółte Wody, a gdy osaczony syn bronił się w warownym obozie ponad 2 tygodnie – jako jego ojciec i wódz armii, zamiast przyjść mu z odsieczą, oddalał się od osaczonego przez wrogów korpusu? Czy trzeba być aż tak wielkim idiotą, by popełniać tak kardynalne błędy, czy jego postawa ma wszelkie znamiona zdrady? A jeśli tak – to kto sterował tym człowiekiem, który doprowadził do upadku państwa? Biorąc pod uwagę dodatkowe okoliczności – nagła śmierć króla Władysława IV „od przedawkowania leków” na Mereczowsczyźnie (Litwa, 20 maja, między dwiema bitwami: pod Żółtymi Wodami – 16 maja i pod Korsuniem – 26 maja), to czy tę katastrofę państwa ktoś starannie zaplanował i konsekwentnie realizował? Kto? – wróg zewnętrzny, moskiewski lub kozacki agent, a może sama królowa, Ludwika Gonzaga, chcąca utorować sobie drogę do władzy w atmosferze domowego zamętu? Fatalne dowodzenie hetmana w bitwie pod Korsuniem, pijanego, z karety jest symbolem moralnego upadku państwa. Niestety – do tej pionierskiej roli hetmana w doprowadzeniu do upadku państwa, dochodzi jeszcze tragiczny epilog jego działalności:

Omega – kilka miesięcy po nie wykorzystanym zwycięstwie pod Beresteczkiem, kiedy hetman polny litewski Janusz Radziwiłł po raz kolejny pobił wielokrotnie silniejsze wojska kozacko-tatarskie pod Łojowem, wojska Rzeczypospolitej zmierzały do Białej Cerkwi (85 km na południe od Kijowa), by ostatecznie zniszczyć wojska Chmielnickiego. W dniu 23 września, w bitwie stoczonej z Kozakami i Tatarami, liczącymi razem 32 tysiące walczących, wzięły udział tylko wojska litewskie, liczące tylko 4 i pół tysiąca żołnierzy. Wojska koronne (polskie), liczące około 18-20 tysięcy żołnierzy, nie udzieliły wsparcia Radziwiłłowi. Bitwa, która mogła zakończyć się ostatecznym pokonaniem Chmielnickiego, zabiciem go lub pojmaniem oraz pacyfikacją reszt powstańczych wojsk, została nie rozstrzygnięta. Radziwiłł walczył samotnie z ośmiokrotnie silniejszym przeciwnikiem, przy biernej postawie wojsk koronnych! (I kto tu jest zdrajcą? – panie Sienkiewiczu, zza grobu!). Kiedy Radziwiłł, wściekły po bitwie zapytał pijanego Potockiego, dlaczego Polacy nie udzielili mu pomocy, usłyszał odpowiedź – „my nie przyjechaliśmy walczyć, tylko pertraktować”. Była to ostatnia szansa uratowania Rzeczypospolitej! Po tym fakcie tragedię Polaków można porównać do losu biblijnego Hioba:

Chyba przekleństwo spadło na bezmyślne dowództwo wojsk polskich, bo 8 miesięcy i 10 dni po tym fakcie, pół roku po śmierci pijanego hetmana, doszło do masakry części właśnie tych wojsk pod Batohem! 2 czerwca 1652 r. na skutek fatalnego dowodzenia przez hetmana Marcina Kalinowskiego (pozbawionego talentu dowódcy, nie umiejącego utrzymać dyscypliny w wojsku oraz mającego pogłębiającą się ślepotę), około 5-6 tysięcy wziętych do niewoli polskich jeńców, z rozkazu Chmielnickiego zostało ściętych! – głowa, po głowie. A Chmielnicki śmiał się szyderczo do ofiar, że osiem miesięcy wcześniej mogli go zupełnie zniszczyć. On nie zmarnował tej szansy rozprawienia się z przeciwnikami – w myśl wygłoszonej przez siebie zasady, że: „zdechły pies nie kąsa”.
Batoh był początkiem wielkich tragedii Polaków: rzezi mieszkańców Wilna w 1655 r., spalenia wszystkich mieszkańców Zabłudowa w 1659 r. i tysięcy innych zbrodni dokonanych w tych latach na Polakach przez Kozaków, Moskali, Szwedów, Prusaków i Węgrów Jerzego II Rakoczego. A tą ostatnią szansą uratowania Rzeczypospolitej, po nie wykorzystaniu zwycięstwa pod Beresteczkiem była Biała Cerkiew. Wina hetmana – pijaka, Mikołaja Potockiego w doprowadzeniu państwa do upadku była więc podwójna: raz pod Żółtymi Wodami i pod Korsuniem, drugi raz – pod Białą Cerkwią. Bitwy tam nie przegraliśmy, ale przegraliśmy losy Rzeczypospolitej.
Najwyższy czas zweryfikować kłamliwe stereotypy o bohaterach i zdrajcach połowy XVII wieku, ukształtowanych przez dwór królewski, a następnie pogłębionych przez Sienkiewicza. Dla mnie – Janusz Radziwiłł nie był zdrajcą, a Jerzy Lubomirski – nie był warchołem. O wiele więcej zła dla Polski wyrządził lukrowany przez tradycję król Jan II Kazimierz, a zwłaszcza jego żona – „demon” na polskim tronie, Ludwika Maria Gonzaga. Czas na „Anty-Trylogię”.

Ciąg dalszy opisu zdrady narodowej w połowie XVII wieku nastąpi…
Wojciech Górski.

 

Lubelscy kandydaci do sejmiku – celebryci, farbowane lisy, „odgrzewane kotlety”centroprawicy.

Lubelską listę PiS otwiera M. Ryba – profesor KUL, występujący niekiedy po 2 razy w w tygodniu w ogólnopolskiej TVP 1. Oprócz tego jest podobno częstym gościem TV Trwam. Cenię poglądy pana profesora, cenię również jego stateczność, umiar i kulturę osobistą, ale samorząd, to nie uczelnia gdzie prowadzi się akademickie dyskusje, tylko miejsce gdzie się walczy o interesy lokalnej, czy regionalnej społeczności. I tu pan profesor nie ma się czym pochwalić – ze wszystkich radnych opozycji (pomijam p. A. Jaśkowską, która doszła po rezygnacji posła S. Tułajewa) pan Ryba złożył w ciągu tej kadencji najmniej interpelacji – tylko 10. Są radni, którzy złożyli ich ponad sto (P. Popiel – 152, S. Brzozowski – 124, a radny koalicji M. Nowak – aż 167). Radnych z PO nie liczę, bo zawsze radni rządzącej koalicji piszą mniej wniosków. A więc – pan profesor, jako „lokomotywa”, zasadniczo użycza swojego szyldu do ciągnięcia listy, ale sprawami samorządu mniej się interesuje.

Drugi z listy – Z. Wojciechowski – byłby lepszym kandydatem na prezydenta Lublina, niż obecny kandydat, ale to już problem PiS. Zastanawia mnie tylko, jak te organizacje akceptują politycznych kameleonów, farbowane lisy, które „płyną z prądem” partii u władzy. Gdzie jest ich tożsamość ideowa, jako główne kryterium selekcji kadrowej? – ROP, PO (mandat poselski po zwolnieniu go przez J. Palikota), a teraz znowu – PiS? „Jestem za – a nawet przeciw” – jak u Bolka. Czy tym kandydatom PiS zależy na sprawach regionu, czy tylko, by być zawsze u władzy?

Trzecia na liście jest dziennikarka TVP Lublin, Bogna Bender-Motyka, która na czas kampanii wyborczej wzięła podobno urlop bezpłatny.  Czy jej medialna popularność przeniesie się na głosy wyborców? – niekoniecznie. Skoro obecny prezydent Lublina, K. Żuk (z PO), wyrzuca dziesiątki (a raczej setki) tysięcy na bilboardy w mieście, to wygląda na to, że nie jest pewien wyniku i tą nachalną propagandą chce przekonać wyborców.  Znane nazwisko i znana twarz, niekoniecznie gwarantują sukces. Były wicemarszałek sejmu z lat 1991-1993, D. Wójcik z KPN, w wyborach do rady miasta Lublin w 2006 r. zdobył zaledwie … 57 głosów.

Wyborcy do samorządu kierują się innymi kryteriami, niż do parlamentu. Do parlamentu głosuje się na szyld – przykład: trzy i pół-krotna przewaga PiS nad PO. A w samorządzie PiS przegrywa trzecią kadencję z kolei. Bo w samorządzie preferuje się osobę, a nie szyld partyjny. I w tym upatruję swoje szanse na sukces.

 

Dlaczego kandyduję do sejmiku?

  1. Dlaczego kandyduję z listy Kukiz’15?

Ludzie często zadają mi pytanie – dlaczego kandyduję z tej listy?

Odpowiem krótko – bo nie ma JOW-ów, o które właśnie walczył Kukiz!

To jest dla mnie jedyny szyld, spod którego mogę startować. Nie ma okręgów jednomandatowych do samorządu. Dlaczego? – bo nepotyczne partie: PiS, PO, PSL i SLD utraciłyby swoje bazy klientów, windowanych miernot, leni, karierowiczów, itp. Bo wtedy wybierałoby się bezpośrednio osoby aktywne, obdarzone szacunkiem i zaufaniem – lokalnych działaczy samorządowych, cenionych w środowisku nauczycieli, przedsiębiorców, którzy przez umiejętne zarządzanie odnieśli sukces, itp. A teraz – wystarczy się podlizywać partyjnemu bossowi, by być na premiowanym miejscu na liście.

Poza tym – dla PO jestem wrogiem (z wzajemnością), dla PiS – człowiekiem obcym, bo tam nie tolerują osób, które mają swoje zdanie. Podam przykład: największy leń w radzie miasta (P. D.) przez cztery kadencje, został wywindowany przez lokalny układ PO-PiS: najpierw zrobił sobie fotkę z Jarosławem K., w wieku 27 lat otrzymał „1” na liście, w następnej kadencji – znowu „1” z PiS, a w ostatnich dwóch kadencjach – PO „1” – ale z PO. Kto osobiście winduje takie miernoty? Wywalczmy JOW-y w samorządzie, a wtedy będę miał szyld: WOJCIECH GÓRSKI.

2. Dlaczego startuję w wyborach do sejmiku? – odpowiedź koledze z innej opcji politycznej:

Andrzeju – chyba nie odmówisz mi SPOŁECZNEGO zaangażowania w sprawy Lublina. Ten facet z ratusza (K. Żuk) robi to za publiczne pieniądze, marnotrawiąc je na takie i inne bzdury. W sprawie bezsensownej inwestycji – Stawu Królewskiego za 86 milionów, składałem osobiście protest. Podzamcze i Lubartowska są prawdziwą wizytówką Lublina. Zardzewiałe blachy na dachach, komórki na węgiel z powyrywanymi drzwiami, obskurne bramy i podwórka, opadające tynki z budynków, połamane i krzywe płyty chodnikowe, kałuże w pobliżu dworca PKS – to jest prawdziwy obraz Lublina!

Ja dwie książki o Lublinie wydałem w 100% za własne pieniądze – tak promuje się Lublin. A na Lublinerów, którzy wydali Jadźkę Podpalaczkę, miasto dało 400 tys. zł – nieprzyzwoitego wiersza z ich publikacji nie wypada mi nawet cytować. Jeśli zarzucasz komuś brak doświadczenia, brak zaangażowania, to akurat mój przykład temu zaprzecza.

Chwali się codziennie Bury (kandydat do sejmiku z Nowoczesnej) sukcesami w Dzienniku Wschodnim? – ja też mam się czym pochwalić! Książki wydaję za swoje pieniądze, bo miasto mi ich nie dało.

Mam 5 dzieci – wszystkie mieszkają w Polsce i pracują. Pracę sobie załatwili sami! Pracuje nawet syn, tegoroczny maturzysta, finalista dwóch olimpiad centralnych. Nikt im posadek i synekur w urzędach nie załatwiał. Córka i jeden syn są po informatyce na warszawskich uczelniach, jeden syn – po historii na UJ, jeden kończy grafikę na UMCS, a najmłodszy jest przyjęty na informatykę na UW. Kto z lubelskich kandydatów pochwali się takimi sukcesami?

3. Dlaczego startuję do sejmiku?

– bo chcę wesprzeć lokalne inicjatywy, które nie mają wsparcia u bezdusznych urzędników.

Kasta urzędników prze do władzy, by móc dalej utrzymać swoje posady i pozałatwiać je dla najbliższych.

Co ci ludzie w życiu indywidualnie osiągnęli?

Urzędnik, który ma posadę dzięki nepotycznym układom, który upchnął na etaty swoje dzieci? – znamy takie nazwiska: Pruszkowski, Mach, Wcisło, i tuziny innych! Ja reprezentuję inne standardy obyczajowo-kulturowe. I dlatego jestem bardziej wiarygodny od tych, prących „do żłobu”, nie potrafiących działać samodzielnie, na własną rękę.

Dlaczego startuję do sejmiku? – bo nie wypada mi kandydować do rady miasta, żeby mi nikt nie zarzucił, że załatwiam w ratuszu prywatne sprawy.

Takich, odtrąconych przez bezduszny aparat lokalnych urzędników znam więcej: Józef Majewski z Gołębia, mający jedyne w Europie Muzeum Nietypowych Rowerów, mający swoją ekspozycję w ciasnej, prywatnej szopie, nie mający parkingu, toalet, toru do jazdy rowerami, pan Gajewski, garncarz z Bęczyna, nie mający parkingu, łazienki i toalet dla dzieci, uczestniczących w pokazach lepienia garnków, pani Trepiak z Wilkołaza, hafciarka, która nie ma izby do przyjmowania grup wycieczkowych. To są lokalne inicjatywy LUDZI POZYTYWNIE ZAKRĘCONYCH, mających entuzjazm, z trudem zarabiających pieniądze na utrzymanie, nie mają wsparcia władz lokalnych i regionalnych. Taka powinna być rola samorządu wojewódzkiego, by wesprzeć prawnie i finansowo ich inicjatywy, by promować ich działalność w reklamach, pokazach, itp. Taka powinna być moja rola w sejmiku – wykorzystania mojej energii i zmysłu inicjatywy do działań na rzecz promocji lokalnej przedsiębiorczości.

Filantropijna i społeczna działalność na przełomie XIX i XX wieku

Lublin mało znany – część 78:

3. Filantropijna i społeczna działalność przemysłowców, lekarzy, nauczycieli i duchownych na przełomie XIX i XX wieku.

Rodzący się kapitalizm i urągające ludzkiej godności warunki życia przybywających do miasta w poszukiwaniu pracy, robotników ze wsi, wymagały zorganizowania miejskiej służby, reagującej na warunki ekonomiczno-socjalne, bezrobocie, analfabetyzm, poczucie zagubienia i bezradności. Zarówno wrażliwość na ludzką krzywdę, jak i wzrastające postawy buntu robotników przeciw niesprawiedliwości społecznej, wyzwalały postawy zaangażowania w służbie innym.

4. Ludzie szlachetnych serc.

a) przemysłowcy i bankierzy:

August i Juliusz Vetterowie – właściciele browaru, założyciele i fundatorzy Szkoły Handlowej, szpitala dla dzieci, domów opieki dla osób starszych.

Adolf Fritz – fundator teatru miejskiego.

Jan i Wiktoria Michelisowie – właściciele hotelu Europejskiego, którego ¾ obiektu przekazali na cele dobroczynne. Wiktoria ponadto ufundowała dom pomocy społecznej: „BENE MERENTIBUS PAX”.

5. Teatry letnie.

Lublin mało znany – część 68:

5. Teatry letnie.

W latach 1870-1882 działał w ogrodzie „Tivoli” przy Krakowskim Przedmieściu (obecnie kamienice 58 i 60) drewniany teatrzyk letni, zbudowany przez Pawła Ratajewicza. 
Następnie, po rozbiórce tego teatru, w tym samym roku powstał przy ul. Niecałej drewniany obiekt dla 500 widzów, zaprojektowany przez Aleksandra Zwierzchowskiego, postawiony przez Teofila Laskowskiego i Zofię Broniec. Żywot tego drewnianego teatru był stosunkowo krótki – spłonął w 1890 r.

6. Teatr Wielki i jego kontynuatorzy.

Z inicjatywy Adofla Fricka, w 1886 r. został w Lublinie, postawiony Teatr Wielki z 671 miejscami, zaprojektowany przez Karola Kozłowskiego, który dwukrotnie zmieniał nazwy: na Teatr Miejski (od 1921 r.), a następnie na Teatr im. Juliusza Osterwy (od 1949 r.). W czasie wielkiego kryzysu ekonomicznego, w 1933 r., Teatr Miejski podupadł, a obiekt był wykorzystany przez występujący w Lublinie Teatr Wołyński z Łucka.

Los lubelskiego teatru był zagrożony od początku jego istnienia. Obiekt świecący pustkami, już 4 lata po jego otwarciu (w 1890 r.) został czasowo zamknięty, a z powodu braku środków na stałą obsadę aktorską, był udostępniany wędrownym trupom teatralnym.

Lubelski teatr odzwierciedlał polityczne nastroje i potrzeby społeczne mieszkańców Lublina, wystawiając od 1915 r. patriotyczny repertuar po opuszczeniu Lublina przez Rosjan. Zasłużonym dyrektorem teatru i jednocześnie reżyserem wielu utworów był Henryk Halicki, natomiast po II wojnie światowej przez prawie dwadzieścia lat lubelskim teatrem kierowała Maria Bechczyc-Rudnicka, pisarka i krytyk teatralny.

7. Wenecja w Lublinie – teatr letni „Rusałka”.

Lublin mało znany – część 69:

7. Wenecja w Lublinie – teatr letni „Rusałka”.

Po spaleniu się teatru letniego przy ul. Niecałej, w 1898 r. przy rogu ulic: Wesołej i Rusałki, w dolinie Bystrzycy powstał ogromny teatr letni „Rusałka”, mogący pomieścić tysiąc widzów. Projektantem budowli, podobnie jak przy ul. Niecałej, był Aleksander Zwierzchowski, a jej właścicielem był Adam Wojdaliński. Przez 34 lata (aż do rozbiórki obiektu) , teatr Wojdalińskiego dawał mieszkańcom Lublina wyjątkową jak na tamte czasy rozrywkę. Ogromna widownia była wykorzystywana również jako sala kinowa, a obiekt był nowocześnie urządzony – jako jeden z pierwszych w mieście miał oświetlenie elektryczne. Teatr został zbudowany nad sztucznie przekopanymi kanałami i stawami, po których pływały gondole (które można było wypożyczyć za odpłatnością). Obok teatru funkcjonowała restauracja i cukiernia, gdzie mieszkańcy Lublina i inni goście, oprócz rozrywki na widowni, mogli wydać dodatkowe pieniądze. Teatr letni, wśród zieleni i wody, stanowił dla mieszkańców Lublina sympatyczną rozrywkę oraz miejsce relaksu i odpoczynku.

69. Potulicka Aniela (1861-1932)

69. Potulicka Aniela (1861-1932) – działaczka oświatowa i społeczna. Ur. w Londynie, dzieciństwo i młodość spędziła w Potulicach w Wielkopolsce. Jej matka zmarła 6 dni po jej urodzeniu, ojciec – gdy miała 19 lat. Na mocy testamentu odziedziczyła majątek. Jako jego właścicielka rozwinęła działalność oświatową i społeczną – prowadziła kursy oświatowe, zajęcia praktyczne dla kobiet i bibliotekę publiczną. Była fundatorką klasztoru „Dobrego Pasterza” w Poznaniu i szpitala dla nieuleczalnie chorych. Przeznaczając spore środki, doprowadziła do powstania parafii w rodzinnych Potulicach. W okresie nasilonej germanizacji – tzw. Kulturkampfu prowadziła działalność oświatową, za co była wielokrotnie karana przez władze niemieckie grzywną. W 1928 r. jako osoba bezżenna i bezdzietna zaoferowała swój majątek na utrzymanie KULu, tworząc fundację jej imienia. Z części majątku wraz z pałacem utworzyła drugą fundację, przeznaczoną na utrzymanie Seminarium Zagranicznego dla Towarzystwa Chrystusowego, działającego na emigracji. Hr. Aniela Potulicka zmarła w swoim majątku w Potulicach. W kaplicy pałacowej znajduje się tablica upamiętniająca jej dobroczynność.

63. Moniewski Tadeusz (1901-1939)

63. Moniewski Tadeusz (1901-1939) – nauczyciel. Urodzony w Warszawie, ukończył 8-klasową Szkołę Filologiczną w Warszawie z wyróżnieniem. Jako uczeń działał aktywnie w ZHP. Walczył w wojnie z bolszewicką Rosją. Po zwolnieniu z wojska studiował historię na UW, działając jednocześnie w Organizacji Młodzieży Narodowej. W 1922 r. rozpoczął pracę jako nauczyciel historii i filozofii propedeutyki w gimnazjum w Siedlcach. W 1926 r. uzyskał pełne kwalifikacje nauczyciela historii dla szkół średnich i seminariów nauczycielskich. W 1928 r., po 2-miesięcznym szkoleniu w wojsku uzyskał stopień podporucznika. Był założycielem Muzeum Ziemi Podlaskiej. W 1930 r. został dyrektorem I LO im. St. Staszica w Lublinie, które w tym czasie otrzymało nowy gmach przy Al. Racławickich. Funkcję dyrektora pełnił aż do 9 XI 1939 r. (z roczną przerwą w latach 1932-1933, kiedy był wizytatorem). Od czasu pobytu w wojsku był aktywnym dziennikarzem i korespondentem wielu czasopism. Był członkiem wielu stowarzyszeń. W 1939 r. został wybrany do rady miasta. Po aresztowaniu był więźniem na Zamku Lubelskim. Wraz z innymi więźniami został rozstrzelany 23 XII 1939 r. na starym cmentarzu żydowskim.