„Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy” – Albert Einstein. „Osobowość jest ważniejsza od inteligencji” – Wojciech Górski

W dyskusji, czy w internetowej polemice ważniejsze jest nie to, co się mówi lub pisze, tylko – jaki jest stosunek dyskutanta, czy osoby polemizującej, do osoby z którą się nie zgadzamy. Użycie, niekiedy wielokrotne argumentu „kompletny absurd”, „kompletny anachronizm” (czy też: „totalna bzdura”) , świadczy najczęściej o tym, że autor takich określeń przypisuje sobie nieomylność na poglądy, nie ma wystarczających argumentów merytorycznych i dlatego sięga po argument siłowy w postaci takich epitetów. Jeśli z kimś się nie zgadzamy, i jeśli swojemu partnerowi (a raczej – przeciwnikowi) w dyskusji powiemy, że jest w błędzie, to powinniśmy mu ten ewidentny błąd wskazać. Wbrew temu, co nie historyk pisze o historii, że historia jest nauką ścisłą, bo jest nauką o faktach – historia nie jest nauką ścisłą (nie użyję słowa, w stylu mojego adwersarza – że jest to „żenująca” interpretacja) – cytat, że historia jest nauką ścisłą, bo opiera się na faktach, jest godny opublikowania, z podaniem jego autora i przesłania do wszystkich instytutów historii w Polsce. Przytoczę wpis z dnia 20 lutego – urok historii i jej nieszczęście zarazem polega na tym, że nie jest nauką obiektywną. Możemy dążyć do obiektywizmu, ale ten cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Nie kwestionujemy bitwy pod Grunwaldem, ani zwycięzcy, ale możemy spierać się o przyczyny odstąpienia Jagiełły od oblężenia Malborka, możemy się zastanawiać, dlaczego konnica dotarła pod Malbork 9 dni po bitwie, a karawan z nieboszczykiem – w 6 dni. Każdy ma subiektywną interpretację faktów – im większą posiada wiedzę, im lepszą posiada logikę myślenia, tym pełniejsza jest rekonstrukcja związków przyczynowo-skutkowych, tworzących historię, jako naukę. Historia jest więc obiektywnym procesem dziejowym – niezależnym od ludzkiego poznania, oraz nauką, starającą się możliwie wiernie odtworzyć ten proces – przy pomocy uzyskanych faktów i zastosowanych metod poznawczych, których ostatecznym dziełem jest uogólniająca synteza.

Używanie argumentów typu „kompletny anachronizm”, „kompletny absurd” jest przypisywaniem sobie monopolu na nieomylność i rolę arbitra w ocenianiu innych poglądów. A kto zawziętemu polemiście (raczej pyszałkowi, reprezentującemu poziom etyczny ucznia podstawówki) dał ten monopol na prawdę? – sam Pan Bóg się mu objawił i dał mu nadprzyrodzone moce? W filozofii oraz historiozofii (w filozofii dziejów) nie ma „jedynie słusznych” teorii – była jedna taka teoria – nazywała się marksizmem, ale ta – na szczęście – odeszła (zostali, niestety – jej zwolennicy w erystyce). Mogą być tylko błędy metodologiczne poznania, ale to już sfera filozofii poznania i warsztatu intelektualnego osoby, zgłębiającej prawdę.

Zamiast pisać: „kompletny absurd”, czy: „kompletny anachronizm”, osoba z wyższym wykształceniem, która na studiach uczyła się etyki, powinna użyć argumentu: „Nie zgadzam się z Panem (lub Panią)”.

Proszę zapamiętać te trzy przykazania szacunku dla innych – (moje):
1. Nie mówi się dyskutantowi – „kompletny absurd” (totalna bzdura, itp. lub, że ktoś jest głupi), tylko: „NIE ZGADZAM SIĘ Z PANEM”.
2. Nie mówi się – „jedzenie jest niedobre” – tylko: „ TO JEDZENIE MI NIE SMAKUJE”.
3. Nie mówi się – „brzydka dziewczyna” – tylko: „TA DZIEWCZYNA MI SIĘ NIE PODOBA”.
We wszystkich tych trzech przypadkach, nasze subiektywne odczucia, czy przekonania, nie mogą być uznawane za prawdę niemal absolutną, podważającą inne zdania na ten temat.

„BOLEK” – wątpliwy symbol Polski Niepodległej!

Dziwię się, że do tej pory nikt nie zainicjował społecznej akcji zmiany nazwy lotniska w Gdańsku z „Bolka” Wałęsy na Macieja Płażyńskiego. W przeciwieństwie do zakłamanego „Bolka”, zmarły marszałek Sejmu był postacią jednoznacznie pozytywną. Występuję więc z inicjatywą o sejmową ustawę w sprawie zmiany nazwy lotniska w Gdańsku z Lecha Wałęsy na Macieja Płażyńskiego. „Bolka” poznaje się nie tylko po teczce – „Bolka” poznaje się „po owocach” jego działalności – po esbeku Mietku Wachowskim i po „lewej nodze”. Zbierajmy podpisy wśród całego narodu, również wśród Polaków na emigracji, żeby oczyścić dobre imię Polski z hańby pseudo-bohatera narodowego. „Bolek” – won.z gdańskiego lotniska! Przy okazji – jak długo jeszcze będziemy w Polsce tolerować nazwy „22 lipca” i inne symbole, kojarzące się ze zniewoleniem Polski? Czas na odpowiednią ustawę w tej sprawie. A swoją drogą – utwórzmy internetową listę wójtów, burmistrzów i przewodniczących rad gmin, kultywujących do tej pory symbole sowieckiego zniewolenia.

Znak Dziedzictwa Europejskiego

Kiedy zwróciłem uwagę, że Lublin nie ma nowego Znaku Dziedzictwa Europejskiego, zostałem pouczony przez jednego lubelskiego urzędnika – jak to – przecież jest od kilku miesięcy! Jako przewodnik po Lublinie, nie zauważyłem faktu montażu nowej tabliczki. Kiedy poszedłem zobaczyć nowy znak, ogarnęła mnie irytacja i śmiech – mała pochyła tabliczka pod pomnikiem Unii Lubelskiej z informacją o wpisie Lublina na listę Dziedzictwa Europejskiego. Sam znak, w formie kwadratu, nie przekracza chyba 5 cm! Kiedy zawiedziony tym, zwróciłem uwagę wspomnianemu urzędnikowi, że właściwie, to tak – jakby tego znaku nie było, usłyszałem odpowiedź, że to nie on odpowiadał za formę graficzną tablicy. A więc – jak zwykle – „sukces (tabliczka jest!) – ma wielu ojców, porażka (jej rozmiary) – jest sierotą”. Komuś bardzo przeszkadzała stara tabliczka, która była zapisem kulturowej roli Lublina w latach: 2007-2015, jako jednego z około trzydziestu obiektów, wpisanych na Listę Dziedzictwa Europejskiego (może dlatego, że publicznie zwróciłem władzom miasta uwagę, że znak był brudny). Nie spotkałem się z tym, żeby gdziekolwiek indziej zdejmowano stary znak – wisi również na lubelskim zamku, wisi wielu innych miejscach Europy (Ostrzyhom). Działania władz Lublina polegają na tym, że zdejmują stary znak, z powodu którego ucierpiał wizerunek władz miasta, a nie umieszczą nowego znaku, co najmniej tej samej wielkości, by był widoczny z ulicy i był wobec turystów powodem do dumy mieszkańców Lublina. Czy naprawdę władzom miasta nie chce się zamówić tablicy z nowym większym znakiem, zeskanować jego logo i umieścić znak w widocznym publicznie miejscu? Czy znak o rozmiarach 5 cm, lub jeszcze mniejszy, jest właściwą promocją miejsca? – wydaje mi się, że wielkość tego znaczka (jak znaczka pocztowego) jest proporcjonalna do ambicji władz Lublina w promocji swojego miasta.

W dniu 2 lutego 2016 r. dopisano kolejnych 9 obiektów na Listę Dziedzictwa Europejskiego. Jest ich więc w Europie 29, a Polska ma ich 4 (Lublin – miasto Unii Lubelskiej, Warszawa – miasto pierwszej w Europie konstytucji, Gdańsk – kolebka Solidarności i od 2 tygodni – Łużna (k. Gorlic) – międzynarodowy cmentarz wojenny z I wojny światowej.
Poniżej – dwa znaki, którymi władze Lublina nie chcą się chwalić. Pierwszy – był przez ponad 2 lata brudny (odkąd świadczyliśmy usługę „Lublin City-Tour”), na co zwróciliśmy władzom uwagę, więc został solidnie wyszorowany i drugi – którego władze Lublina też „wstydzą się” eksponować.

Właśnie wróciłem z Chęcin, gdzie byłem w Centrum Nauki Leonardo da Vinci.

Coś podobnego do CN Kopernik w Warszawie, tylko mniej ludzi. Atrakcje trochę inne (niektóre takie same). Mnie się bardzo podobało, bo jest tam wiele ciekawych gier. Dlaczego dwukrotnie większy Lublin nie może zdobyć się na tego typu atrakcję? – brak ludzi z fantazją? (bo obiekt został wybudowany z funduszy, na podstawie złożonych projektów). Dlaczego Kielce mają z jednej strony miasta CN Leonardo da Vinci i Centrum Neandertalczyka, a z drugiej strony (w Krajnie) – Park Miniatur i Park Jurajski? Dlaczego Białystok ma obok (w Jurowcach) wioskę indiańską i Park Jurajski, dlaczego Toruń Olsztyn, a nawet Puławy mają planetarium, Łódź ma swoje Experymentarium wraz z aquaparkiem, Gdynia ma Centrum Nauki Experyment, aquaparki w Krakowie, we Wrocławiu i w Poznaniu należą do najpiękniejszych w Polsce, a LUBLIN NIE MA NIC? Dziwne, że przez wiele lat dzieci z Lublina, chcąc pojeździć „na rurze” w pływalni, jeździły właśnie do Nowin pod Kielcami, do Zamościa, a nawet do Bełżyc, bo w Lublinie nie było NIC! Dzieci – zamiast przyjeżdżać przynajmniej z terenu całego województwa do Lublina, wyjeżdżają na wycieczki do innych miast, bo tam się coś dzieje! A tu – pustynia atrakcji turystycznych! A pan Marcin i pan Hubert będą rozważać problem obecności sklepów żelaznych przy ul. Kowalskiej i drzew na Błoniach, kiedy ich kosztem (braku amfiteatru), sprawa Placu Zamkowego postawiona jest na głowie – i to przez 1/4 sezonu turystycznego! Obudźcie się z letargu „śpiący rycerze” z lubelskiego grodu! Wasi przodkowie oddali farę pod rozbiórkę, bo byli bierni – tak jak Wy obecnie!

„Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, Zapomnij o mnie ..” A. Mickiewicz.

Prasa dziś podała, że prezydent RP był dzisiaj w Pucku na obchodach rocznicy zaślubin z Bałtykiem (1920). Mało kto wie, że dzień 10 lutego wiąże się z trzema ważnymi datami historii XX wieku. Otóż w 1919 r. , zaledwie w dwa miesiące po odzyskaniu niepodległości zebrał się w tym dniu pierwszy polski sejm od czasów powstania listopadowego. Wzruszony Józef Piłsudski, jako Tymczasowy Naczelnik Państwa ( 10 dni później był już Naczelnikiem Państwa), wyraził się, że chciałby, żeby ten dzień stał się świętem państwowym. Tempo budowy niepodległego państwa było imponujące – biorąc pod uwagę procedury administracyjne i przeszkody cywilizacyjne ( dla porównania – od rozwiązania PZPR do pierwszych demokratycznych wyborów parlamentarnych upłynęło 22 miesiące). Gen. Józef Haller, dokonując zaślubin Polski z morzem wybrał więc nieprzypadkowo datę 10 lutego. Stalin, dobrze znając historię Polski, nadał tej dacie inne znaczenie. Zaszydził z dumy Polaków, dokonując w dniu 10 lutego 1940 r. pierwszej masowej deportacji Polaków na Syberię (około 120 tys. ludzi).
Stalin pozwolił sobie jeszcze na jedno wielkie szyderstwo. Dzień manifestu PKWN w 1944 r. był dokładnie w rocznicę zatwierdzenia zaboru ziem polskich przez Rosję, w II rozbiorze Polski, w czasie zdradzieckiego sejmu grodzieńskiego w 1793 r. A więc w czasie PRL uroczyście obchodziliśmy dwie haniebne dla Polaków rocznice – zaboru Polski i zniewolenia Polaków, w obu przypadkach – dokonanych z udziałem Polaków. Pointa tego szyderstwa Stalina – to spotykane w wielu miastach ulice, upamiętniające te haniebne wydarzenia – 22 Lipca. Piętnujmy w Internecie tych wszystkich wójtów i przewodniczących rad gmin, którzy kultywują te haniebne rocznice.

Moje podróże 2015 r. – marzec: Mediolan

Mediolan znany jest głównie z fresku „Ostatnia Wieczerza” i z opery la Scala. Ale warto pamiętać, że w tym mieście znajduje się jedna z większych katedr gotyckich na świecie (157 m dł., 93 m szer.), potężny ceglany zamek Sforzów (rodzinny zamek królowej Bony) i bazylika Św. Ambrożego. Oprócz dawnych zabytków Mediolan imponuje architekturą modernistyczną z końca XX wieku. Warto pamiętać, że w Mediolanie powstały Legiony Polskie Jana Henryka Dąbrowskiego – kilkanaście miesięcy po III rozbiorze Polski.
Na zdjęciach: Galeria Wiktora Emanuela II, katedra, zamek Sforzów, kościół MB Łaskawej (miejsce słynnego fresku), bazylika św. Ambrożego i nowoczesne wieżowce ze szkła.

Moje podróże 2015 r. – marzec: Padwa

Padwa – to nie tylko miejsce pielgrzymek do grobu św. Antoniego, nazywanego Świętym Antonim z Padwy. Ten cudowny patron od rzeczy zagubionych, jeden z pierwszych franciszkanów, pochodził z Lizbony. Padwa – to również miasto uniwersyteckie, odwiedzane przez znakomitych Polaków w XVI wieku. Odwiedzając bazylikę San Antonio warto zwiedzić przy okazji najstarszy ogród botaniczny na świecie (zab. UNESCO) i pomijaną niesłusznie przez pielgrzymów bazylikę św. Justyny. Bazylika, znajdująca się tuż przy parkingu dla autokarów, po drodze do bazyliki św. Antoniego jest miejscem grobu innego wybitnego Świętego – Łukasza. Aż dziw bierze, że pielgrzymi i turyści udają się gremialnie do bazyliki św. Marka w Wenecji i św. Antoniego z Padwy, a zapominają o św. Łukaszu Ewangeliście – patronie lekarzy i malarzy. Głowa Świętego (czaszka) znajduje się w praskiej katedrze św. Wita, przywieziona z Padwy w połowie XIV wieku z polecenia cesarza i króla Czech, Karola IV.
Poniżej: zdjęcia obu bazylik i ogrodu botanicznego.

Mój komentarz do uwagi w Dzienniku Wschodnim (05.02.2015) – dlaczego Lublin przegrał ESK z Wrocławiem

„Lublin na jednej ulicy we Wrocławiu. Czekają na pomysły”:

Żuk też był (i jest) z PO. Lublinowi nawet nie pomogli wpływowi politycy: Palikot, Mucha i Karpiński. Jeśli kamienica przy Bramie Grodzkiej wygrywa konkurs internautów na najbrzydsze miejsce w Polsce, a otoczenie dworca PKS nie zmieniło się co najmniej od 40 lat (od czasów moich studiów) – zardzewiałe budy-szczęki, połamane i krzywe płyty chodnikowe, jeżeli piękny Sandomierz ma dachówki, a Lublin – zardzewiałe blachy na dachach, jeżeli mamy slamsy w promieniu 200 m od Starego Miasta: Lubartowska, Furmańska, Zielona, Żmigród, Wyszyńskiego, Farbiarska, itd., itd. Sama pamięć o unii nie wystarczy – trzeba dbać o wizerunek miasta, inwestować w ścisłe centrum miasta, a nie w stadion, bo on tylko pochłania dodatkowe koszty, a igrzysk i tak – jak na razie brak. Proszę zobaczyć Łódzką Manufakturę, która jest największym centrum handlowo-gastronomiczno-rozrywkowym w Polsce. Proszę zobaczyć Szczecin, Bydgoszcz, Toruń. Jesteśmy grajdołem w skali Polski! A Pan Żuk za punkt swojego honoru chce pokazywać turystom Lublin City-Tour slamsy przy ul. Zielonej. Gratuluję „gospodarza”, który średnio przechodził ze swoimi gośćmi raz w tygodniu na Plac Litewski i nigdy nie widział brudnej, zalepionej przez kilka lat papierem i szarej już od błota tabliczki „Znak Dziedzictwa Europejskiego” (na co zwróciłem władzom pisemnie uwagę w dniu 27 lipca 2015 r., a wobec braku ich reakcji – powiadomiłem publicznie media w dniu 20 sierpnia 2015 r. Skutkiem tego było podziękowanie osoby z Wydz. Gospodarki Komunalnej UM Lublin „za troskę obywatelską”). Czy mam kolejny raz prowokować podobne podziękowania od władz miasta, ogarniętych urzędniczą inercją? Wojciech Górski.

„Złote myśli lubelskich urzędników…”

Rozpoczynam serial absurdu urzędników Urzędu Miasta Lublin, kierowanego przez dra Krzysztofa Żuka. W myśl zasady Miłosza „spisane będą czyny i rozmowy” – będą publikowane w odcinkach pisemne odpowiedzi „fachowców” – z podaniem ich imion, nazwisk, pełnionych funkcji oraz dat wysłanych pism.

Odcinek I: „istnieje obawa że (nasze) pojazdy (elektryczne) mogą stanowić zagrożenie bezpieczeństwa pieszych” – dr (?) Jakub Kosowski, Dyrektor Wydziału Sportu i Turystyki UM Lublin, w piśmie z dnia 28.05.2013 – w odpowiedzi na nasze pismo do prezydenta Lublina z dnia 05.04.2013:

Według władz Lublina, inne pojazdy takiego zagrożenia nie stwarzają. Ciekawa interpretacja! – Nasze pojazdy są najbezpieczniejsze z możliwych:
a) są wolnobieżne – do 25/h,
b) przy manewrach cofania mają sygnał dźwięku,
c) są bez przyczepki, co ułatwia jazdę, a zwłaszcza manewr cofania,
d) takie pojazdy nie stanowią zagrożenia bezpieczeństwa pieszych w innych miastach, uzdrowiskach i ośrodkach wypoczynkowych (Warszawa – deptak – Plac Zamkowy – mini pociąg z dwoma wagonikami, Nałęczów – park zdrojowy – melex z przyczepką).

W dniu 17 kwietnia 2015 r. wystąpiłem do Rady Miasta Lublin z wnioskiem o powołanie biegłych, którzy stwierdziliby – na jakiej podstawie nasze pojazdy elektryczne są bardziej niebezpieczne od wszystkich pojazdów spalinowych, w tym, dostawczych, śmieciarek, taksówek i limuzyn, kursujących po Starym Mieście.

W następnych odcinkach będzie: „o bezprawnym pobieraniu opłat za postawienie znaku drogowego na drogach publicznych”, „o badaniu nastrojów społecznych” i „sprawach ostatecznych” – poznają Państwo autorów innych „genialnych” opinii. Przez stwierdzenie: „powiedz mi – jakich masz współpracowników, a powiem ci – kim jesteś” – pana prezydenta Lublina będziemy poznawać po tym, jakich dobiera sobie współpracowników.

Poniżej: „pojazdy na Starym Mieście, nie stanowiące zagrożenia bezpieczeństwa pieszych”